plakat

plakat

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 13

- Tak bardzo cie kocham - mówi Louis, patrząc na czerwoną kłódke, którą wieszam na tak zwanym "moście zakochanych". Jest późno, jakaś pierwsza w nocy, a my wybraliśmy się na dość długi spacer. Czy to szaleństwo? Możliwe, ale tak właśnie można określić miłość. To uczucie jest jednym wielkim szaleństwem, ale właśnie to sprawia, że jest tak bardzo wyjątkowe i doceniane. 
- Ja ciebie też kocham, bardzo mocno. - Przyciągam do siebie Louisa, składając delikatny pocałunek na jego ciepłych wargach. Chłopak odwzajemnia gest, za chwilę go pogłębiając. Językiem dotykam delikatnie jego warg, podniebienia. Całujemy się wolno, ale z ogromnym uczuciem, które łączy nas już od ponad dwóch lat. W jednej chwili Louis popycha mnie delikatnie, a ja upadam na ziemie, śmiejąc się.
- Ups, przepraszam - mówi i szybko składa krótki pocałunek na moim czole. - Dobrze, że tu nikogo nie ma bo jeszcze ktoś by pomyślał, że się nad tobą znęcam - śmieje się uroczo, wstając i podeje mi ręke.
- Jesteś stuknięty - rzucam, a uśmiech wciąż nie zchodzi z mojej twarzy.
- Być może, ale tylko przy tobie. - Chłopak wtula się we mnie, patrząc na naszą kłódke, wiszącą pośród masy innych.
- Louis? - zaczynam cicho.
- Tak? - pyta, nawet na chwilę nie odrywając się ode mnie.
- Chciałbym ci coś dać - mówię, odsuwając go delikatnie. Wyjmuję z kieszeni małe pudełeczko i kładę je na drobnej dłoni chłopaka, uśmiechając się lekko. - Otwórz.
Louis chwile wpartuje się w pudełeczko aż wreszcie otwiera je, przez chwile zamierając w bezruchu.
- Harry, to... - zaczyna, a w jego oczach widoczne są łzy. Klękam przed nim, biorąc jedną z jego dłoni w swoje.
- Louis, wiem, że zostało nam niewiele czasu, ale...wiesz co? To nieprawda, została nam cała wieczność. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że kiedy się kogoś kocha nawet śmierć nie jest w stanie ugasić tego uczucia. Nawet śmierć nie jest w stanie rozłączyć dwóch zakochanych serc. Śmierć nie jest deszczem i nie jest w stanie ugasić ognia miłości. Przysięgam, że będę kochał cie zawsze. I nawet kiedy twoje powieki opadną, a serce przestanie bić, będę kochał cie najmocniej i najsilniej, jak tylko się da. Pomogę ci przejść przez najciemniejszą z dróg, pomogę ci dostać się do miejsca, do którego powinieneś trafić, do miejsa, w którym śpiewają i tańczą anioły, do miejsca, w którym będziesz mógł wreszcie odzyskać swoje skrzydła, które zgubiłeś przychodząc na świat. Jesteś aniołem, kochanie. Jesteś aniołem, który mnie uratował. - Wstaje powoli, patrząc w zaszkolne przez łzy oczy chłopaka. - Kocham cie z całych sił, Louis. Kocham cie bardziej od dnia i nocy. Kocham cie bardziej od pór roku, od miesięcy, od wszystkich ludzi ma świecie. Jesteś moim wszystkim, moim małym aniołkiem, moim światełkiem, promyczkiem, słoneczkiem. Tak bardzo cie kocham.
- Harry... - zaczyna Louis załamanym głosem, ale nie pozwalam mu dokończyć.
- To są obrączki, kochanie. Nie chcę czekać na ślub, bo może być za późno. Chcę, żebyśmy dla siebie byli małżeństwem i nie potrzeba nam niczyjego potwierdzenia naszej miłości. - Wyjmuję jedną obrączke z pudełeczka i biorę trzęsącą się dłoń Louisa w swoją. - Louisie Williamie Tomlinsonie, obiecuję kochać cie z całych sił do końca moich dni, a jeśli po śmierci jest życie to obiecuję kochać cie również w nim. Nie oddałbym wszystkiego, żebyś był zdrowy, bo to ty jesteś moim wszystkim, Lou. Louisie Williamie Tomlinsonie, czy zostaniesz moim mężem? Tu i teraz?
- Hazz, ja... boże, dlaczego to robisz? - pyta nagle, a łzy spływają po jego policzkach. - Moje serce za chwile nie wytrzyma. Boże, tak strasznie cie kocham, tak bardzo. Styles, ty pieprzony romantyczny idioto.
- Czyli odpowiedź brzmi tak?
- Tak! Cholera, Harry, oczywiście, że tak! - Uśmiecham się, wsuwając jedną z obrączek na palec Louisa.
- Nawet nie wiesz, jak strasznie się cieszę - mówię, patrząc na chłopaka, który przygląda się obrączce. - Tak bardzo cie kocham.
- Ja ciebie też kocham, Harry, ogromnie i... - przerywa, biorąc głęboki oddech. - Jesteś wszystkim co mam. Harry, jesteś dla mnie jak powietrze, bez którego nie umiałbym żyć. Jesteś dla mnie najważniejszy na całym świecie i kiedy dowiedziałem się, że umieram pierwszym o czym pomyślałem nie był ból czy obawa przed śmiercią, pierwsze, co przyszło mi do głowy to strach. Nie strach przed umieraniem, strach przed pożegnaniem się z tobą. Bałem się i nadal boję się z tobą pożegnać, bo kiedy powiem to ostatnie cholerne "do widzenia" i usłyszę je z twoich ust będę wiedział, że wszystko się skończyło. Będę wiedział, że to koniec, że żegnamy się już na zawsze. Ostatni pocałunek, ostatni dotyk, ostatnie słowa, a ja tak bardzo nie chcę, żeby to wszystko się kończyło. Boję się, Harry, cholernie się boję. Obiecaj, że będziesz trzymał mnie w ramionach, kiedy będę zasypiał i obiecaj, że nie powiesz mi "do widzenia". Nie mów mi tego, Harry. - Louis ociera łze spływającą po jego policzku i delikatnie ściska moją dłoń. - Harry, obiecuję kochać cie z całych sił do końca moich dni, a jeśli po śmierci jest życie, to obiecuję kochać cie również w nim. - Uśmiecham się delikatnie na moje słowa zapamiętane przez chłopaka idealnie. - Harry Edwardzie Stylesie, zostaniesz moim mężem, czyniąc mnie największym szczęściarzem na ziemi?
- Oczywiście, że tak, głuptasie - Louis uśmiecha się szczerze, wsuwając obrączke na mój palec po czym składa na moich ustach długi pocałunek.
- Czyli od teraz jesteśmy małżeństwem? - pyta, odsuwając się delikatnie.
- Tak, kochanie. Może nie takim oficialnym, ale jesteśmy - tłumaczę, po czym delikatnie całuje czubek nosa Louisa.

Wtuleni w siebie, ze splecionymi palcami dłoni wracamy do hotelu. Dzień nie był męczący. Na śniadanie poszliśmy do tej samej restauracji, co poprzedniego dnia z tą różnicą, że poprosiliśmy o coś specjalnego. Kelner przyniósł nam wyśmienitą jajecznice, pyszne grzanki i sok jabłkowy. Po posiłku zabrałem Louisa na któtki spacer po okolicach. Szliśmy uliczkami Paryża, podziwiając piękno tego miasta. Wieczorem wybraliśmy się do restauracji, z której kelnerka w pewnym momencie musiała nas wyprosić, bo zbliżała się północ i musieli zamykać, a ja i Louis zupełnie straciliśmy poczucie czasu. Po kolacji wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do miejsca, nazwanego przez francuzów "mostem zakochanych". Ten dzień minął nam bardzo szybko, ale był naprawde wspaniały, a zakończenie go sprawiło, że pokochałem Paryż jeszcze bardziej.

- Dzisiaj o dwunastej powrót do domu - wzdycha Louis, zdejmując z siebie przemoczoną bluzke. - Cholerny deszcz, akurat musiał nas spotkać jak zostało nam dosłownie kilkanaście kroków do hotelu.
- Kochanie, jest noc, nie myśl teraz o dniu, okej? - mówię, podchodząc do niego i składam delikatny pocałunek na jego mokrym czole.
- Postaram się. - Uśmiecha się, rzucając koszulkę na podłoge obok drzwi od łazienki. - Możesz się przesunąć? Muszę zdjąć spodnie.
- A co, jakbym to ja ci je zdjął, hm? - Kładę dłonie na biodrach chłopaka i przyciągam go do siebie, wpijając się w jego ciepłe usta. Całujemy się tak, jakby miał to być nas ostatni pocałunek, ostatni dotyk. Rozpinam rozporek Louisa, przygryzając jego warge. Chwytam jego biodra, podsadzając go do góry po czym kładę go na łóżku ani przez chwile nie odrywając się od chłopaka. Po chwili zdejmuję jego spodnie i rzucam je gdzieś obok łóżka.
- Harry - szepcze Louis, próbując zdjąć ze mnie koszulkę. Kiedy mu się to udaje, wplata palce w moje włosy, patrząc na mnie chwile. - Kochaj się ze mną.
Uśmiecham się, kiwając głową.
- Wedle twojego rozkazu, książe - mówię, po czym przenoszę usta na jego szyję i składam na niej mokre pocałunki. Louis wzdycha cicho, odchylając głowe. Jego dłonie wędrują po moich plecach, zostawiając lekkie zadrapanie na mojej skórze. Przenoszę pocałunki na jego obojczyki, klatke piersiową, brzuch. Powolnym ruchem zdejmuję jego bokserki, które za chwilę również znajdują swoje miejsce przy łóżku.
- H-harry, zrób to, p-proszę - mówi cicho, na co kiwam głową. Sięgam do szafki, w której znajdował się lubrykant. Wyciskam wystarczającą ilość zawartości na palce i siadam pomiędzy nogami Louisa.
- To będzie trochę zimne - ostrzegam go, po czym delikatnie rozprowadzam żel. Louis wzdycha cicho, a pod moim dotykiem jego plecy wyginają się w łuk. Po chwili kładę jego nogi na moich ramionach, nachylając się nad chłopakiem. - Gotowy? - pytam, na co Louis szybko kiwa głową. Składam krótki pocałunek na jego czole, po czym powoli wchodzę w niego, patrząc w jego niebieskie tęczówki, które za chwilę przysłaniają powieki. -Wszystko dobrze?
- T-tak, Harry, tak, jest okej - mówi, otwierając oczy. To niesamowite, jak wielkim zaufaniem darzy mnie ten chłopak i jestem mu za nie ogromnie wdzięczny.
- Zaczynać? - pytam, na co Louis kiwa głową. Zaczynam poruszać się w nim, z początku wolno, ale gdy widze, że chłopak zaczyna czerpać z tego przyjemność i nie czuje już bólu, przyśpieszam ruchy. Co chwile słyszę Louisa, wołającego moje imię i muszę przyznać, że cholernie mi się to podoba, zawsze mi się podobało i mam do tego ogromną słabość. Dochodzę razem z nim, opadając w jego ramiona. Nasze oddechy wydają się być zgrane a ciała pasują do siebie idealnie.
- Kocham cię - mówi Louis, całując mnie delikatnie. - Tak cholernie cie kocham.
- Ja ciebie też, skarbie.
Splatam nasze palce i kładę głowę na jego klatce piersiowej, a chwilę po tym zasypiam.

***

- Masz wszystko? - pyta Louis, na co kiwam głową.
- Więc wracamy do domu... - mówię, biorąc na ręce walizki i pakuję je do bagażnika samochodu.
Po godzinie jesteśmy na lotnisku, na którym już czeka nasz samolot. Louis żegna Paryż, robiąc ostatnie zdjęcie z okna samolotu.
- O cholera. - mówię nagle, a Louis patrzy na mnie pytająco. - Nie byliśmy na wieży Eiffla.
- I dobrze, mam lęk wysokości, nie przeżyłbym tego - stwierdza Louis, kładąc głowę na moim ramieniu. - I tak to były jedne z najlepszych dni mojego życia, Harry.
- To dobrze. - Uśmiecham się, wplatając palce we włosy Lou.
- Dziękuję, Harry - mówi cicho, robiąc opuszkiem palca małe kółeczka na mojej dłoni.
- Za co?
- Za wszystko, Hazz, za wszystko co dla mnie robisz, za to, że jesteś. Za wszystko.
- Proszę, kochanie.
Kiedy samolot odrywa się od ziemi, Louis gwałtownie odsuwa się ode mnie.
- Co się dzieje? - pytam nieco przestraszony zachowaniem Louisa.
- Zapomnieliśmy kupić pamiątki dla Łatka - oznajmia, na co wybucham śmiechem.
- Chodź tu, głuptasie. - Przyciągam go do siebie, składając delikatny pocałunek na jego skroni. - I nigdy, przenigdy mnie tak nie strasz.

_____________________________________________________________________

Jeszcze raz ogromnie przepraszam, że tak późno dodaję ten rozdział :( Potrzebowałam małej przerwy od pisania, której niestety nie przewidziałam wcześniej.
Następny rozdział prawdopodobnie w niedziele :) x

wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 12

 Zmieszane zapachy cynamonu, wanilii i wody kolońskiej są tymi, które chciałbym czuć każdego ranka, gdy wstaję i każdego wieczora, kiedy zasypiam. Tak właśnie pachnie Louis. Uwielbiam spać za nim, tuląc go do siebie i od czasu do czasu składać delikatne pocałunki na jego odsłoniętych ramionach, szyi, policzku. Kocham uczucie ciepła, kiedy budzę się przy nim, czując jego perfumy, widząc zaspane oczy i słysząc zachrypnięty głos. Louis rano wydaje się być kilka lat młodszy, zupełnie jakby ktoś postanowił zamienić go w beztroskiego piętnastolatka. Jego włosy w totalnym nieładzie, rozwiane na różne strony, zaspane oczy, niepewny uśmiech i nagie ciało, od którego bije ciepło.
 Całuję delikatnie jego ramiona, szyje, barki. Opuszkami palców dotykam jego podbrzusza i bioder. Louis uśmiecha się delikatnie, dając mi tym znak, że już nie śpi. Odwraca się w moją stronę, wbijając wzrok w tatuaże jaskółek zdobiących moją pierś i palami obrysowuje ich kontury.  
- Jak się spało? - pytam cicho, na co Louis wzrusza ramionami. 
- Normalnie - odpowiada zachrypniętym głosem. 
- Louis, coś się dzieje? Jesteś taki...smutny? - zauważam, ale Louis kręci głową. 
- Nie jestem, Harry. - mówi. - Jestem szczęśliwy, naprawdę, tylko... 
- Tylko co? 
- Boli mnie brzuch, ale to na pewno przejdzie, chyba po prostu jestem głodny. 
- Więc idziemy na śniadanie. Niedaleko jest podobno całkiem dobra restauracja.
Louis kiwa głową, uśmiechając się lekko. Całuję go delikatnie, po czym powoli wstaję i idę w stronę leżącej przy ścianie walizki. Wyjmuję z niej bokserki, czarne rurki i białą koszulkę, które po chwili zakładam. Louis obserwuje mnie bacznie, nawet przez chwile nie odwracając wzroku. Rumienię się, zakrywając twarz dłońmi.
- Ugh, nie patrz na mnie w ten sposób - mówię, uśmiechając się pod nosem.
- Przepraszam, po prostu podziwiam mojego pięknego chłopaka, nie mogę? - Louis wstaje, podchodząc do mnie i złącza nasze usta w słodkim pocałunku. Wplatam palce w jego włosy, przenosząc usta na szyje chłopaka.
- Tak bardzo cię kocham - szepczę w jego skórę, w chwili, gdy Louis kładzie dłonie na moich biodrach.
- Ja ciebie też, Harry, bardzo - mówi, złączając nasze czoła. Patrzę w jego niebieskie oczy, w których nie zauważam już bólu. Są przepełnione radością i miłością, jaką ten chłopak mnie darzy. Widzę oczy Louisa, którego poznałem dwa lata temu. Widzę to, co chciałem widzieć od dawna, ale nie byłem w stanie zobaczyć. Widzę blask szczęścia w oczach Louisa, szczęśliwego Louisa, mojego Louisa.
- Mam dla ciebie niespodziankę - mówię, biorąc dłoń bruneta w swoje.
- Tak? A jaką? - pyta, splatając nasze palce.
- Niespodzianka to niespodzianka, kochanie.
- Wiem, ale mógłbyś mi powiedzieć coś więcej na jej temat?
- Wydaję mi się, że gdybym powiedział coś więcej, to zdradziłbym ci całą niespodziankę, a nie na tym ona polega - tłumaczę. - Najpierw zabieram cię na dobre śniadanko.
- Teraz? - pyta, powoli odsuwając się ode mnie.
- Tak, ubieraj się i za góra dziesięć minut wychodzimy. Jestem cholernie głodny.
- W porządku. - Louis uśmiecha się, pokazując przy tym rządek białych zębów. Odwzajemniam uśmiech, siadając na łóżku. Biorę w dłonie telefon, leżący obok i wpisuję w internet ''ciekawe miejsca w Paryżu''. W sumie wszystko już zaplanowałem, ale po śniadaniu mam zamiar zabrać Louisa w jakieś ciekawe miejsce.
- Gotowy? - pytam, kiedy Louis staje przede mną, ubrany w czarny t-shirt z jakimś wzorkiem i czarne rurki. Chłopak kiwa głową, a ja uśmiecham się lekko, wstając z łóżka.
- Gdzie dokładnie jest ta restauracja? - pyta, kiedy przekręcam klucz w drzwiach od naszego pokoju.
- Jakieś pięć minut drogi stąd.
- Autem czy pieszo?
- Pieszo.
- Więc nie aż tak źle.
 Wkładam klucze do kieszeni, łapiąc dłoń Louisa i splatając nasze palce. Chłopak patrzy na mnie pytająco, na co uśmiecham się delikatnie.
- Och, kochanie, to Paryż! Miasto zakochanych! Dla nich widok dwóch facetów trzymających się za rękę to codzienność, nie masz się czego obawiać - tłumaczę, na co Louis kiwa głową.
- Mam nadzieję, że masz racje. To nie tak, że boję się wyzwisk czy coś, ale...
- Wiem, o co chodzi. Nie martw się. Francuzi są naprawdę tolerancyjni.
Kąciki ust Louisa wędrują ku górze, kiedy składam delikatny pocałunek na jego czole.
 Po niecałych dziesięciu minutach zajmujemy miejsca przy jednym ze stolików. Postanawiam pójść złożyć zamówienie, które ma być niespodzianką.
Siadam obok Louisa, czekając na zamówione jedzenie.
- Co zamówiłeś? - pyta brunet, przeglądając kartę dań.
- Niespodzianka.
- Znowu? Dla ciebie to wszystko tutaj będzie niespodzianką, prawda?
- Nie, dla ciebie są te niespodzianki. - Louis wywraca teatralnie oczami.
- Jesteś głupi.
- Ale i tak mnie kochasz.
 Po chwili kelner przynosi nam naleśniki z jabłkiem i sok pomarańczowy w dwóch, dość dużych szklankach.
- Naleśniki? Dość pomysłowe.
- Nie bądź wybredny, one są podobno naprawdę dobre - mówię, biorąc kawałek naleśnika do buzi.
- Nie jestem wybredny. Doceniam twoje starania i te naleśniki także.
Louis próbuje potrawy, a jego uśmiech wskazuje na to, że mu smakuje.
- I co sądzisz?
- To jest...naprawdę pyszne.
 - W takim razie smacznego.

 Z restauracji wyszliśmy około jedenastej. Najedzeni i szczęśliwi udaliśmy się na długi spacer. Wszystko idealnie zaplanowałem. Punkty, które mieliśmy tego dnia odwiedzić zapisałem dokładnie na liście. Odhaczałem każde z miejsc, które odwiedziliśmy.

1. Łuk Triumfalny

- Nie spodziewałem się, że to właśnie tak wygląda - mówi Louis, wpatrując się w budowle.
- Zaskoczony? - pytam, na co Louis kiwa głową. - Pozytywnie czy negatywnie?
- Pozytywnie, jak najbardziej! Zrób zdjęcie, Harry, proszę!
Wyjmuję aparat, podając go Louisowi.
- Ty je zrób - mówię, uśmiechając się.
- W porządku!

2. Champs Elysees

- Tu jest przepięknie! - woła Louis, pociągając mnie za rękę w stronę sklepu z pamiątkami. - Musimy kupić coś na pamiątkę! Och, i coś dla twoich rodziców! Koniecznie!
- Louis, hej, poczekaj. - Louis zatrzymuje się, patrząc na mnie pytająco. - Tutaj jest masa sklepów, jesteś pewny, że chcesz wejść akurat do tego?
- Zdaje mi się, że to jedyny sklep z pamiątkami. Wejdźmy tu! Proooooszę!
- No dobrze - zgadzam się, posyłając Louisowi uśmiech, który natychmiast odwzajemnia.
  Po wyjściu ze sklepu i kupieniu pamiątek dla moich rodziców, Nialla i Katy udaliśmy się na dalszy spacer i zwiedzanie wspaniałej reprezentacyjnej alei Paryża.

3. Plac Trocadero

 - Daj mi aparat - mówi Louis, rozglądając się wokół.
- A może tak proszę?
- Daj mi aparat proszę.
Wywracam teatralnie oczami podając chłopakowi aparat. Brunet podchodzi do mnie i całuję mnie w policzek, w tym samym czasie robiąc zdjęcie.
- Idealne - stwierdza, pokazując mi wspaniałe, wręcz idealne ujęcie.
- Kocham cię - szepcze, niemal niesłyszalnie, złączając nasze usta w słodkim pocałunku.

4. Rejs po Sekwanie 

 Na koniec dnia wybraliśmy się na romantyczny rejs, którym zakończyliśmy nasz spacer. Płynąc jedną z dostojnych łodzi, wspominaliśmy najciekawsze momenty naszego wspólnego życia. Śmialiśmy się, co chwila składając drobne pocałunki.
Jeśli miałbym podsumować jednym słowem ten dzień, wybrałbym słowo ''idealny'', bo był idealny. Był najlepszym dniem jaki przeżyłem. Żaden nie był w stanie mu dorównać, no może poza tym, w którym poznałem Louisa.

I mimo tego, że być może był to jeden z moich ostatnich szczęśliwych dni, zasnąłem z myślą, że kocham życie takim, jakie teraz jest i gdybym mógł, zmieniłbym w nim jedną jedyną rzecz. Zabrałbym chorobę Louisa, która jest jedynym powodem, dlaczego te dni nie będą trwać wiecznie, a moje szczęście pryśnie w ułamku jednej sekundy. 


______________________________________

Na początku chciałam ogromnie przeprosić za ten rozdział, bo jest beznadziejny :( Miał być dłuższy od poprzedniego a jest nawet krótszy ugh. 

Postanowiłam jednak podzielić te dni we Francji na 3 rozdziały, bo uważam, że tak będzie lepiej, tym bardziej, że w drugim dniu stanie się coś wspaniałego :) 

Zawiodłam się na sobie no ale cóż...każdy ma te gorsze momenty :( Mam nadzieję, że wybaczycie mi, że tak krótko opisałam ich pobyt w danym miejscu. Obiecuję, że w następnym rozdziale bardziej to rozwinę :) 
Następny rozdział w piątek lub sobotę :) 

+ w notce informacyjnej wspominałam o niespodziance, a jest nią świąteczny shot! :)  Pojawi się on na moim tumblr'ze prawdopodobnie jutro :) Także jak jesteście ciekawi tego shota to zapraszam na mojego tumblra ( compassmetship.tumblr.com ), gdzieś tak ok. 16 powinnam go wstawić ;) 

To tyle :) 

Wesołych Świąt kochani! Duuuużo prezentów i wspaniałej wigilii spędzonej w jak najlepszej, rodzinnej atmosferze :) xx 



piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział 11

 Louis uśmiecha się, patrząc na dwa samolotowe bilety, leżące na blacie w kuchni. 
Chłopak od dawna marzył o podróży do Francji, a ja zrobię wszystko, by był szczęśliwy. Wczoraj, z pomocą finansową mamy, postanowiłem kupić bilety i tak oto, dokładnie dzisiaj wieczorem lecimy do Paryża. 
- Jesteś najlepszym chłopakiem na całym świecie - mówi Louis, biorąc w ręce jeden z biletów. - Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Skąd w ogóle miałeś na to pieniądze? 
- Powiedzmy, że moja mama pomaga mi spełniać twoje marzenia. - Uśmiecham się, podchodząc do Louisa i opieram głowę na jego prawym barku. Rękoma chwytam go w pasie i mocno przytulam. 
- Nie sądzisz, że to za wcześnie? W sensie...nie wiem, czy jestem gotowy na tak daleką podróż i... 
- Poradzimy sobie - zapewniam go. - Wszystko dokładnie zaplanowałem. Wystarczy jedynie się spakować i zawieść Łatka do mojej mamy. Wszystko mam pod kontrolą, skarbie. 
- Jesteś pewny? Wolę nie ryzykować, w końcu Paryż jest dość daleko - mówi cicho. - To nie tak, że się boję czy coś, ale...
- Rozumiem o co ci chodzi, Lou. Powtarzam, że nie masz się o co martwić. Zaufaj mi, okej? 
- W porządku. - Składam delikatny pocałunek na jego ustach i odsuwam od siebie delikatnie. 
- Zapomniałem ci wczoraj powiedzieć, że jadę dzisiaj do szpitala, odwiedzić Katy - mówię, mając nadzieję, że chłopak zrozumie, że naprawdę mi na tym zależy i mimo pakowania pozwoli mi do niej pojechać, chociażby na jedną godzinę.
- Oh, okej. To ja zostane w domu i spakuje nasze walizki. - Uśmiecha się, na co ja odpowiedam grymasem. 
- O nie, nie. Jedziesz ze mną. Nie ma opcji, żebyś został sam. 
- Dlaczego? Harry, błagam, nie jestem dzieckiem ani kaleką. Umiem poruszać się po własnym domu, naprawdę. - Chłopak krzyżuje ręce na piersi, patrząc na mnie wzrokiem, który przyprawia moje serce o stanowczo zbyt szybkie bicie.
- Wiem, ale pojedziesz ze mną - mówię uparcie, na co chłopak tupie nogą i, mimo wszystko, wygląda to naprawdę uroczo. 
- Harry, muszę się spakować, zrozum. Zostaję w domu.  
- Nie, Louis. Poza tym Katy się ucieszy, jeśli odwiedzimy ją oboje. Proszę, pojedź ze mną. - Louis chwilę się zastanawia, po czym przenosi swój wzrok na podłogę i wzdycha cicho. 
- No dobrze, ale to ty będziesz potem pakował walizki. 
- Zgoda - przytakuję ze szczerym uśmiechem na twarzy. 

***

 Po przekroczeniu wejścia do szpitala zauważam Nialla, siedzącego na jednym z drewnianych krzeseł. Wygląda na przybitego, jakby ktoś zabrał jakąś cząstke szczęścia z jego życia. Boję się zapytać, dlaczego taki jest, ale naprawdę chcę wiedzieć i mu jakoś pomóc, nie ma innego wyjścia. 
Blondyn patrzy na nas smutno, po czym klepie delikatnie wolne miejsce. Pokazuję Louisowi, żeby usiadł ale ten kręci głową, odmawiając. Po czterech odmowach upartego bruneta wzruszam ramionami i siadam na krześle obok Nialla. 
 - Cześć, jestem Louis. - Niebieskooki wyciaga dłoń w strone blondyna, którą ten ściska w geście zapoznania. 
- Niall - mówi, próbując się usmiechnąć, ale w ostateczności jego twarz zdobi nieprzyjemny grymas. 
- Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny za oddanie mi krwi. To naprawdę cudowny gest, który uratował mi życie. Nie mam pojęcia, jak mogę ci się odwdzięczyć - mówi Louis, ale Niall nawet na niego nie patrzy. Jego wzrok wbity jest w ziemie. - Jesteś wspaniały. Dziękuję, ogromnie. 
- Umiesz czynić cuda? - pyta nagle blondyn, na co Louis jakby zamiera. 
- S-słucham? - Zerka na mnie, jakby spanikowanym wzrokiem, lub może bardziej zaskoczonym. 
- Pytałem, czy umiesz czynic cuda? - powtarza obojętnie. 
- Nie, niestety nie umiem - odpowiada Louis, podchodząc bliżej mnie. - Czemu pytasz? 
- Bo tylko cud może mi teraz pomóc. 
- Niall, co się dzieje? - pytam, ale chłopak nie odpowiada. Powtarzam to samo pytanie trzy razy i wreszcie decyduje się na mnie spojrzeć. 
- Chodzi o Katy - mówi wreszcie, a pojedyńcza łza spływa po jego policzku. - Robili jej badania i... to wszystko nie ma sensu, to nie może się dziać. 
- Niall, o co chodzi? Co z nią? - zadaję pytania, a Niall chowa twarz w dłonie. 
- Badania wykazały, że ma raka - mówi wreszcie, a ja czuję, jak robi mi się słabo. 
- Co? J-jak to...raka? - Louis zamiera, patrząc na mnie ze łzami w oczach. 
- Wykryli u niej raka. Nie wiem, czego dokładnie, ale powiedzieli, że musi przyjmować chemie. Na szczęście wykryli to szybko, rak dopiero się rozwija, dlatego są duże szanse na zwalczenie go - tłumaczy Niall, a po policzku Louisa spływa łza, którą po chwili postanawia zetrzeć.
- Przynajmniej z tego wyjdzie - mówi cicho, pocierając dłonie. Patrzę na niego i widzę szklaną postać, która rozpada się w każdej sekundzie. Każdy kawałek jego ciała jest jakby z cienkiego szkła, które powoli pęka. Teraz widzę, jak bardzo się zmienia. Widzę, że jest naprawdę źle. 
- Nie wiadomo, chemia może ją zniszczyć i... - mówi Niall, podnosząc wzrok na Louisa. - O Boże, zapomniałem, że ty...jezu, przepraszam, Louis, tak bardzo przepraszam. 
- Nie, nie masz za co. Jestem po prostu głupcem, bo nie zbadałem się wcześniej. To nie twoja wina. To tylko i wyłącznie przeze mnie umrę, powinieniem winić siebie, nikogo więcej. - Wstaję i biorę Louisa w ramiona, mocno tuląc go do siebie. Nie dam rady patrzeć na niego w takim stanie, to za bardzo boli. 
- To nie twoja wina, Lou. Nigdy nie wiń o to siebie, to nie twoja wina, słyszysz? Nie twoja wina - powtarzam. Nie chcę, żeby myślał, że to jego wina, bo to nieprawda. 
- Louis, Harry ma racje - mówi blondyn, a ja uśmiecham się w jego stronę, dziękując mu za te słowa. 
- Gdzie jest teraz Katy? - pytam, na co Niall pokazuje palcem na korytarz, który tak dobrze pamiętam. 
- Ta sama sala - dodaje.
- Możemy do niej pójść? - pyta Louis, na co Niall kręci głową. 
- Teraz śpi. Niedawno dali jej jakiś zastrzyk i powiedzieli, że będzie po nim spać. Przyjedzcie jutro. Zadzwonie, kiedy się obudzi. 
- Dzisiaj wyjeżdżamy, wrócimy za kilka dni - mówię smutno. - Przekażesz jej chociaż, że byliśmy? 
- Jasne. 
- I powiedz, że odwiedzimy ją za kilka dni. 
- Okej. 
- I żeby była silna i nie ma prawa się poddawać - dodaje Louis, uśmiechając się lekko. 
- W porządku. 
- Więc...na nas chyba już pora. Trzymaj się, Niall. Będę dzwonić - mówię, chwytając Louisa za rękę.
- Spróbuję i trzymam cię za słowo. 


***

 Pakuję do czerwonej, dość dużej walizki ostatnie ubrania. Składam białą koszulkę po czym upycham ją gdzieś między spodniami. 
- Może ci pomóc - pyta Louis, siedzący na kanapie. W prawej ręce trzyma kanapke, natomiast w lewej sok pomarańczowy w szklance w jakieś durne trygryski. Ten to ma jednak za dobrze, zdecydowanie. 
- Nie, dziękuję - mówię, udając poirytowanego. 
- Oj, Pan Harry się zdenerwował. No przepraszam, ale pojechałem z tobą do tego szpitala, więc teraz ty pakuj walizki. 
- Jesteś cholernie niesprawiedliwy - zauważam. 
- Ale i tak mnie kochasz, prawda? 
- Nie, nienawidzę cie. 
- Ojej, czyli nigdzie nie jedziemy? 
- Dlaczego? 
- Bo przecież Paryż to miasto zakochanych, a ty mnie nienawidzisz - wyjaśnia, a ja przewracam oczami. 
- W sumie racja, nie jedziemy. 
- Och, szkoda. 
- Dobra, dosyć tego. Pomóż mi pakować te pieprzone ubrania bo przysięgam, że zaraz oszaleję. 
- Okej, skrarbie. Bez nerwów. - Louis śmieje się pod nosem, a ja piorunuję go wzrokiem. 

 Po około dwudziestu minutach mamy spakowane dwie duże walizki. Wzięliśmy dość dużo rzeczy jak na trzy dni, ale Louis uważa, że wszystko się przyda, a ja nie chcę się z nim kłócić bo wiem, że i tak ma racje. 

 Odwieźliśmy Łatka do mojej mamy i równo o siedemnastej byliśmy na lotnisku. Samolot dotarł na czas, przez co już o ósmej siedzieliśmy w fotelach. 
 Lot trwał trochę więcej niż godzine, przez co dotarliśmy na miejsce w miarę wcześnie i udało nam się zwiedzić okolice hotelu, w którym mieliśmy spędzić dwie noce. 

- Tu jest przepięknie - mówi Louis, podziwiając oświetlone drzewa, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. - Nawet taxi mają niczego sobie. 
- Jutro zobaczymy przepiękne miejsce. Przygotuj się, bo nie dam ci jutro odpocząć. - Uśmiecham się, przyciągając Louisa do pocałunku. 
- Zabierzesz mnie w jakieś romantyczne miejsce? - pyta, na co kiwam głową. 
- Nie tylko w jedno, ale to zostawimy na wieczór. Mam dla ciebie niespodzianke, ale żeby ją dostać musisz być teraz grzeczny. 
- Przecież jestem grzeczny. 
- Ocenię to w hotelu. 
- W łóżku? 
- Być może. 
- Chodźmy do hotelu, jestem śpiący. 
- Tak nagle? Przed chwilą chciałeś zwiedzać i... 
- Harry! - przerywa mi, tupiąc. - Chodź do łóż...znaczy hotelu. 
- Wiesz, że cie kocham? - biorę dłoń Louisa w swoją, splatając nasze palce. 
- A wiesz, że ja ciebie też? 
- Wiem, skarbie, wiem. - Uśmiecham się, złączając nasze usta w słodkim pocałunku.
 Już dawno nie byłem taki szczęśliwy. Tu, w Paryżu będą najlepsze dni mojego życia, jestem tego pewny. 




_______________________________________
Następny rozdział prawdopodobnie w następną sobote albo niedziele :) i obiecuję, że będzie o wiele dłuższy od tego, w końcu opisane będą w nim aż 3 dni :)  Muszę wam zdradzić, że będzie mnóstwo słodkości i chociaż przez ten jeden lub dwa rozdziały zapomnimy o tym, że Louis jest chory. Tak z okazji świąt będzie uroczo, uroczo i jeszcze raz uroooczo :D 
Więc ''do zobaczenia'' przy następnym rozdziale xx




niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 10


  Latarnie oświetlają ciemne uliczki Londynu, które przemierzam w celu kupienia choinki. Jutro dwudziesty czwarty grudnia, czyli dzień, który kocham najbardziej ze wszystkich.
 - Dzień dobry. - Witam szczerym uśmiechem starszą panią, stojącą za ladą, która również uśmiecha się do mnie miło.
- Dzień Dobry, w czym mogę pomóc? - pyta, kiedy spoglądam na pięknie ubrane, niewysokie drzewka.
- Szukam choinki, takiej, jak...- podchodzę do jednej z nich, przyglądając się jej ze zdumieniem. - Ta jest idealna.
- W porządku. - Kobieta kiwa głową krótko i podchodzi do drzewka, sprawdzając numer, jaki jest mu przypisany. - Dwadzieścia dwa, chyba została jeszcze jedna, zaraz wracam.
Uśmiecham się miło i patrzę na zegarek, który wskazuje godzinę dziewiętnastą. Chyba zdążę kupić prezent urodzinowy dla Louisa.
Po chwili widzę przed sobą zapakowaną w siatkę, złożoną choinkę. Podaję kobiecie wyznaczoną sumę pieniędzy i biorąc drzewko w zimne dłonie mówię ciche ''wesołych świąt'' na pożegnanie.
 Po wejściu do jeszcze jednego sklepu nareszcie jestem w domu. Kiedy zamykam za sobą drzwi, czuję drobne ramiona na moim pasie. Zamykam oczy, gdy malinowe usta składają delikatny pocałunek na mojej szyi. Obracam się, spotykając niebieskie tęczówki, które potrafię kochać z całego serca, jednak czegoś w nich brakuje, czegoś bardzo ważnego.
- Zimno, prawda? - Cichy głosik jest jak koc, którym otulam się w najgorszą pogodę.
- Tak, okropnie zimno - mówię, zdejmując czapkę.
- Kupiłeś choinkę? - pyta, a ja kiwam głową, wskazując na stojące w rogu drzewko. - Kupiłem też prezent dla Louisa.
Brunetka patrzy na mnie ze współczuciem, po czym bierze mnie w ramiona.
- Pojedziemy do niego jutro, obiecuję - mówi cicho.
- Wiem, jutro są jego urodziny. Nie wyobrażam sobie nie dać mu prezentu, albo nie złożyć życzeń.
- Wiem, Harry, wiem.
Dziewczyna delikatnie głaszcze mnie po plecach, całując moją skroń.
- Tato, tato! - słyszę i delikatnie odsuwam od siebie brunetkę. W naszą stroną biegnie mała, urocza dziewczynka, która jest moim oczkiem w głowie.
- Hej, Jesy - mówię, kucając. Mała wtula się we mnie, pokazując palcem na choinkę.
- Choinka! Mamo, patrz! Tata kupił choinkę! - krzyczy radośnie, a ja uśmiecham się, biorąc córeczke na ręce.
- Tak, skarbie. - Kobieta bierze małą rączkę Jesy w swoje dłonie i całuje ją delikatnie.
- Będziemy ją ubierać? - pyta, a ja kiwam głową.
- Oczywiście, że tak. – Uśmiecham się. – Idź z mamą po ozdoby, a ja rozpakuję nasze drzewko.
Jesy podskakuje szczęśliwie kilka razy i za chwilę razem ze swoją mamą znika za schodami.

***
 Patrzę na zdjęcie uśmiechniętego Louisa, po czym zamykam oczy. Próbuję przypomnieć sobie go takiego. Próbuję odtworzyć jego obraz w mojej głowie, która przepełniona jest myślami o wszystkich wspaniałych i gorszych chwilach, jakie przeżyliśmy. Nie żałuje prawie żadnej chwili jaką spędziliśmy razem, poza tą, w której umierał. Nigdy nie zapomnę jego opadających powiek, ostatnich słów, ostatniego pocałunku.
- To jest Louis? - Pyta Jesy, siadając na moich kolanach i wskazując paluszkiem na zdjęcie.
- Tak, to on - mówię cicho, kiwając głową.
- Jest piękny. - Dziewczynka bierze zdjęcie w swoje drobne dłonie, składając na nim delikatny pocałunek. - Kochałeś go?
- Nadal kocham - odpowiadam, całując Jesy w skroń.
- Tak samo mocno, jak mamusie? - pyta i zerka na mnie oczekując niełatwej odpowiedzi.
- Odrobinę bardziej - mówi brunetka, uśmiechając się.
- Chciałabym go poznać - wzdycha dziewczynka, kładąc głowę na moim ramieniu.
 Spoglądam smutno na leżące obok mnie małe pudełeczko. Biorę je w zimne dłonie i powoli wyciągam z niego srebrny, cieniutki pierścionek. Przyciskam usta do przedmiotu, po czym kładę go na nagrobku, tuż obok zdjęcia. Patrzę na tablice, na której widnieje imię i nazwisko miłości mojego życia, a łza spływa po moim policzku.
- Jesy, chodź. - Słyszę głos kobiety, która od jakiegoś czasu jest jednym z dwóch powodów, dla których jeszcze żyje. - Musimy iść.
- A tatuś? Czemu tatuś nie idzie? - pyta dziewczynka.
- Tatuś zostanie tu jeszcze chwilkę, ale zaraz przyjdzie. Chodź, skarbie.
 Jasy zeskakuje z moich kolan, po czym bierze w drobną dłoń rękę swojej mamy. Brunetka posyła mi współczujące spojrzenie i pokazuje palcem na bramę wyjścia z cmentarza. Kiwam głową krótko obiecując, że niedługo do nich przyjdę. Patrzę, jak odchodzą, tym samym zostawiając mnie zupełnie samego.
- Hej, skarbie - mówię cicho, wpatrując się w zdjęcie uśmiechniętego Louisa. - Dzisiaj wigilia i twoje urodziny. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Ja...nie wiem, co mam ci powiedzieć. To tak cholernie niezręczne mówić  jakby do samego siebie, czekając na odpowiedź, której nigdy nie dostanę. Wiesz, czasem myślę, że wszystko co ma teraz miejsce było w jakiś sposób zaplanowane. Nie wiem, nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu...cholera, jest dobrze. Naprawdę jest dobrze. Jestem szczęśliwy, naprawdę. Mam wspaniałą córeczkę, która uwielbia piłkę nożną, tak samo, jak ty. Mam piękną żonę, która ma prześliczne, niebieskie tęczówki i tak cholernie przypomina mi ciebie. Ale to wszystko jest popieprzone, bo nie potrafię kochać jej tak mocno, jak kochałem ciebie. Ona mi pomaga, nawet nie wiesz, jak bardzo, ale...to ty jesteś miłością mojego życia, ale przecież ciebie już nie ma. Dlaczego odszedłeś? Miałeś mnie nie zostawiać, obiecywałeś...
  Kładę dłoń na zimnym, granitowym nagrobku, a pojedyncza łza spływa po moim czerwonym od mrozu policzku.
- Minęło tak dużo czasu, odkąd odszedłeś. Ułożyłem sobie życie i niczego nie żałuje, poza jednym. Najbardziej do końca życia będę żałować, że nie zbadałeś się wcześniej. Cholera, Louis. Mielibyśmy piękny dom, wzięlibyśmy przepiękny ślub, mielibyśmy cudowne dzieci. Nawet nie wiesz, ile dałbym, by cofnąć czas. Kocham moją rodzinę, ale…brakuje tutaj jednej osoby. Brakuje tu ciebie. Emily rozumie, co do ciebie czułem i chyba nadal czuję, bo patrząc na twoje zdjęcie nadal mam motylki w brzuchu. Nadal jestem w tobie zakochany i będę do końca. Już dziesięć lat cię przy mnie nie ma, a ja z roku na rok coraz bardziej za tobą tęsknie.
 Splatam ze sobą palce u moich dłoni i spoglądam na zachmurzone niebo.
- Wesołych świąt, słoneczko – mówię cicho, wycierając opuszkiem palca ślad łzy na moim policzku.
Wstaję powoli, ostatni raz zerkając na znicze, kwiaty i zdjęcie, którego tak bardzo nie chciałbym tu widzieć.
Odchodzę, zostawiając za sobą mój cały świat, który już nie istnieje. I chociaż minęło tyle czasu, nadal nie potrafię się z tym pogodzić.
- Harry? –słyszę i zatrzymuję się. Czy to możliwe, żebym się przesłyszał? Czy może moje myśli zaczynają wariować? Wydaję mi się, że słyszę…Louisa? Nie, to nie możliwe.
- Harry, wstawaj, proszę.
- Louis? – Odwracam się, ale nikogo nie widzę. Wzdycham cicho, naciągając czapkę na uszy i idę szybko w stronę wyjścia z cmentarza.
- Harry, Harry, Harry. – Słyszę nadal bardzo wyraźnie. Upadam, tym samym nie wiedząc co się ze mną dzieje. Po chwili robi się niezwykłe ciepło, a wszystkie obrazy, które przed chwilą widziałem, zamieniają się w niepokojącą czerń.

- Harry, wstawaj, błagam. Przepraszam cię za wszystko, tak bardzo przepraszam. Nie chcę umierać, będę walczył, obiecuję, będę przy tobie. Harry, obudź się, proszę.
 Mrugam kilkakrotnie, uchylając zaspane powieki. Czuję, jak ktoś z całych sił ściska moją dłoń. Zatrzymuję wzrok na Louisie, nie mogąc uwierzyć, że mogę go jeszcze zobaczyć. W jednej chwili wracają wszystkie wspomnienia z poprzedniego dnia i znów mam ochotę płakać, tym razem ze szczęścia. Mój Louis żyje, nie zrobił tego. Louis żyje.
Biorę jego kruche ciało w ramiona i delikatnie całuje jego czoło.
- Przepraszam, Harry, ja… - mówi cicho, ale nie pozwalam mu skończyć.
- Nie przepraszaj. Kocham cię, bardzo.
- Ja nie chcę umierać, tak bardzo nie chcę.
- Wiem, skarbie, wiem.
Wplatam palce w jego włosy, dziękując, że żyje.

***

- Wszystko w porządku? – pyta Louis widząc, w jakim jestem stanie. Odkładam łyżkę, którą chwilę temu jadłem płatki i spuszczam wzrok.
- Tak, wszystko okej, tylko…
- Tylko co? – Louis siada obok mnie, biorąc moją dłoń w swoje i delikatnie całuje moje knykcie.
- Miałem zły sen – mówię, odgarniając grzywkę przysłaniającą moje oczy.
- Jak bardzo zły?
- Śniło mi się, że umarłeś.
Louis zamiera. Patrzę w jego oczy, które zaszkliły się łzami i zaczynam żałować, że powiedziałem mu o tym śnie.
- Och, no tak, w sumie śniła ci się prawda – mówi smutno, a ja biorę jego twarz w dłonie, kręcąc głową.
- Louis, proszę, nie myśl o tym wszystkim w ten sposób. W ogóle o tym nie myśl, proszę. Ważne jest to co dzieje się tu i teraz, pamiętasz? To cytat z twojej ulubionej książki. Louis, proszę, przestań myśleć w ten sposób.
- Ale…
- Nie ma żadnego ale. To tylko sen, zwyczajny sen.
- Ale tak będzie, Harry. Ja umrę. Powiedz mi chociaż, czy byłeś w tym śnie szczęśliwy. Czy miałeś rodzinę, dom, przyjaciół…
- Louis, proszę. To tylko sen, zwykły sen. Sny nie przewidują przyszłości.
- Wiem, ale… - Oparł delikatnie głowę na moim ramieniu.
- Nie przejmuj się tym, słyszysz?
- W porządku – mówi jakby szczerze, jednak wiem, że kłamie.

***

 Siedzę na naszym łóżku w sypialni, z gitarą na kolanach. Obok mnie śpi Łatek, któremu najwidoczniej nie przeszkadza dźwięk pociąganych strun. Po chwili do pokoju wchodzi Louis, trzymają w dłoni zgniecioną kartkę.
- Lista? – pytam, a brunet kiwa głową, siadając obok mnie.
- Napiszemy piosenkę?
- Jeśli tego chcesz, oczywiście.
Biorę zeszyt leżący na szafce obok łóżka. Louis podaje mi długopis i uśmiecha się lekko.
- Masz jakiś pomysł? – pyta, a ja kręcę głową.
- Nie, a ty?
- Też nie.
 Siedzimy przez chwilę w ciszy. Wreszcie biorę kartkę i długopis i piszę pierwsze cztery linijki tekstu, które przed chwilą przyszły mi do głowy.

Shut the door
Turn the light off
I wanna be with you
I wanna feel your love

Louis zerka na napisany przeze mnie tekst, uśmiechając się lekko. Patrzę chwile na kartkę, po czym dopisuję dwie linijki:
I wanna lay beside you
I can not hide this even though I try

Louis zabiera ode mnie kartkę, dopisując:

Heart beats harder
Time escapes me
Trembling hands touch skin
It make this harder
And the tears stream down my face

 Po około dwudziestu minutach na kartce widnieje cały tekst naszej własnej piosenki. Muszę przyznać, że jest naprawdę piękna.
- Pomyślisz nad muzyką do niej? Tylko mi jej teraz nie zdradzaj. Zaśpiewasz mi ją, gdy...
- Dobrze – przerywam, nie chcąc, by wypowiadał ostatnie słowa, bo wiem, jak bardzo go bolą.
- Kocham cię. – Mówi, opierając głowę na moim ramieniu.
- Ja ciebie też – Odpowiadam, całując delikatnie jego knykcie. 

 Cały dzień spędzamy w domu, tylko ze sobą, jakby był to ostatni dzień naszej miłości. Jakby jutro wszystko miało się skończyć. 

 Zostało coraz mniej czasu, coraz mniej dni, godzin, minut. 
Coraz bardziej boję się dnia, w którym wszystko dobiegnie końca. 
Chciałbym cofnąć czas, ale nie potrafię. 

Patrząc na śpiącego Louisa boję się, że pewnej nocy jego powieki już nigdy się nie podniosą, a blask jego niebieskich tęczówek zostanie jedynie wspomnieniem, które tak bardzo będę chciał odzyskać, ale nie będę potrafił. 

___________________________________
 Ogroooomnie Was przepraszam za to, że dodaję ten rozdział tak późno. Miałam dodać go tydzień temu, ale miałam ogromne zaległości w szkole (udało mi się je na szczęście nadrobić) i do tego parę spraw osobistych się pojawiło i nie miałam nawet czasu usiąść i go napisać. Znalazłam jedynie czas w piątek i wczoraj, a dzisiaj dokończyłam i jest :) 
 Następny dodam w piątek :) (w razie czegoś - będę informować :)) xx

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 9


Patrzę na Louisa układającego swoje ulubione książki. Chłopak staje na palcach próbując ułożyć pierwszy tom Harry’ego Pottera na najwyższej z półek i wygląda przy tym niezwykle uroczo. Mimo starań nie dosięga, więc podchodzę do niego i delikatnie odwracam w swoją stronę. Louis uśmiecha się kiedy chwytam go za uda i podsadzam do góry.
- Nienawidzę tego, że jestem taki niski – mówi, a ja kręcę głową.
- A ja to kocham, wiesz? – Stawiam Louisa na podłodze i biorę jego dłonie w swoje. – Kocham to, ponieważ kiedy cię przytulam, mogę objąć cię całego, a ty możesz ułożyć głowę na mojej klatce piersiowej i słyszeć moje serce, które bije tylko dla ciebie.
- Sam to wymyśliłeś? – Louis chichocze, a ja składam delikatny pocałunek na czubku jego nosa.
- Powiedzmy. – Uśmiecham się.
- Harry – szepcze po chwili. – Zabrałeś z naszego mieszkania listę, prawda?
- Tak. – Przypominam sobie kawałek papieru, którego tak bardzo nienawidzę. To nie tak, że nie chcę pomóc Louisowi w spełnieniu jego pragnień czy marzeń, ja po prostu nie umiem sobie poradzić z myślą, że jeśli wszystkie punkty zostaną skreślone, jego już nie będzie. Ostatni punkt jest jak koniec całej naszej historii, jak ostatni akapit w książce. Czasem nie potrafię zrozumieć, dlaczego się jeszcze trzymam. To wszystko tak cholernie boli, do granic możliwości.
- Harry, niedługo zostaną jedynie dwa miesiące – mówi, a ja wzdycham, próbują powstrzymać łzy cisnące się do moich oczu. – Zawsze chciałem mieć tatuaż…
- Ubieraj się. – Louis patrzy na mnie pytająco.
- Słucham?
- Ubieraj się, jedziemy zrobić tatuaż – powtarzam, wzruszając ramionami.
- Jesteś najlepszym chłopakiem na świecie. – Louis uśmiecha się szczerze i po chwili łączy nasze usta. - Tak bardzo cię kocham.

Jego uśmiech. Jego cholerny uśmiech, który potrafi rozświetlić najbardziej pochmurny dzień. Gdzie będę mógł go ujrzeć, kiedy jego zabraknie? Jedynie na fotografiach. Będę trzymał nasze wspólne zdjęcia i wspomniał momenty, w których byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Pamiętam, jak moja mama płakała przeglądając nasz rodzinny album. Pamiętam, jak powiedziała mi, że tęskni za tatą całym sercem, i że oddałaby wszystko, żeby był z nami. Pamiętam jej łzy spływające po fotografiach. Kiedy byłem mały i nie rozumiałem, gdzie jest tata ona mówiła, że musiał wrócić tam, skąd do nas trafił. Mama wierzyła i chyba nadal wierzy, że tata był aniołem i może to prawda? Może powinienem poprosić go, żeby zaopiekował się Louisem? To wszystko wydaje się takie dziecinne, ale to przecież dzieci zawsze mają najszczersze myśli, prawda?  Być może wiedzą więcej, niż nam się wydaje.
I nawet teraz, siedząc w aucie z Louisem myślę o tym, jak bardzo naiwny jestem. Ludzie wmawiają nam od zawsze, że ci, którzy odchodzą po prostu znikają i nigdy nie wracają. Ich dusza umiera, ich ciała także, zakopane głęboko pod ziemią lub spalone.  Może jest zupełnie inaczej? Sam nie wiem, co o tym myśleć. Chciałbym wierzyć, że Louis nie odejdzie, że zostanie pomimo, że nie będę w stanie go ujrzeć. 
Nie wiem. Nie rozumiem i być może nie potrafię zrozumieć, nie chcę zrozumieć…

***

- Będzie boleć? – Słyszę pytanie Louisa i odwracam głowę w jego stronę. Chłopak jest blady, a jego ciało wygląda, jakby było przykute do krzesła.
- Trochę, ale to naprawdę nic –mówi mężczyzna, który za chwilę ozdobi jakąś część ciała Louisa czarnym tuszem.
- Może jednak do ciebie przyjść? – pytam, ale Louis patrzy na mnie i kręci głową.
- Ten tatuaż ma być niespodzianką – wyjaśnia, a ja wywracam teatralnie oczami i wracam do czytania jakiegoś czasopisma.

  Po dwóch godzinach czytania babskich gazet widzę  Louisa, który  podchodzi do mnie szczęśliwy, z czymś w rodzaju bandaża na nadgarstku lewej ręki.
- I jak? Bolało? – pytam, ale Louis kręci głową z dumą. Uśmiecham się, składając pocałunek na czole chłopaka. – Poczekaj tu, idę zapłacić.
- Już to zrobiłem – mówi, a ja przyglądam mu się pytająco.
- Skąd miałeś pieniądze?
- Kiedyś wspomniałem przy twojej mamie o tatuażu i dała mi na niego pieniądze. Nie chciałem ich przyjąć, bo to za duża suma, ale nalegała, a ja nie chciałem sprawić jej przykrości. Twoja mama jest aniołem.
- Och, w porządku.
Louis uśmiecha się, zerkając na swój zasłonięty nadgarstek.

Przez całą drogę do domu zastanawia mnie, co przedstawia tatuaż, który zdobi jego ciało. Chłopak jest z niego naprawdę zadowolony, bo uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Uwielbiam patrzeć na jego promienisty, niewymuszony uśmiech, który ostatnio pojawia się bardzo rzadko. Chciałbym, żeby Louis już zawsze był tak szczęśliwy, nawet, jeśli to ,,zawsze’’ to jedynie dwa miesiące i kilka dni.

***

 Louis staje przed lustrem i powoli zdejmuje bandaż. Podchodzę do niego, po czym całuję jego skroń.
- Nie wiem, czy ci się spodoba – mówi, kiedy tatuaż zasłania już jedynie jego drobna dłoń. Patrzy na to miejsce i wzdycha cicho. Staję przed nim i chwytam jego podbródek.
- Na pewno jest piękny. – Muskam delikatnie jego usta, na co Louis uśmiech się lekko. – Poza tym to nie mnie ma on się podobać, tylko tobie.
- Ale on jest w pewnym sensie dla ciebie.
- Więc go pokaż.
Louis chwilę stoi bez ruchu, ale wreszcie decyduje się zabrać dłoń.  Tatuaż, który zdobi jego nadgarstek przedstawia kotwice. Jest niewielki, ale wygląda naprawdę ślicznie.
- I co myślisz? – pyta niepewnie, kiedy biorę jego lewą dłoń w swoje i wpatruję się w pokryte czarnym tuszem miejsce na jego ciele.
- Jest piękny – mówię zgodnie z prawdą. – Ale dlaczego kotwica?
- Kotwica symbolizuje chęć pozostania na wyznaczonym miejscu. Chciałbym po prostu zostać tu, gdzie jestem. Chciałbym żyć dalej. Być z tobą i nic nigdy nie zmieniać. Nie mogę tego mieć, dlatego pod tym tatuażem jest też mały napis, spójrz.
Rzeczywiście. Pod kotwicą widnieje malutkie ,,I can’t’’ z daleka nie widoczne dla oka. Muskam ustami to miejsce, po czym powoli zdejmuję koszulkę Louisa.
- Co robisz? – pyta zdezorientowany, ale nie odpowiadam. Staję za nim, wpatrując się w jego lustrzane odbicie. Louis spuszcza głowę, kiedy zatrzymuję wzrok na jego brzuchu. W głowie mam Louisa sprzed dwóch lat. Tego uśmiechniętego chłopaka, o idealnym ciele. Tego, w którym się zakochałem. On nadal tu jest, stoi przede mną, ale…gdzie podziało się jego dawne ciało? Gdzie podział się ten uroczy brzuszek, którego on tak nie lubił, bo uważał, że był za duży, a który ja tak bardzo kochałem? Gdzie podziały się te ramiona? I dlaczego widać jego żebra?
- Louis… - szepczę, stając z powrotem przed nim.
- Widzisz, Harry? Znikam. Powoli się rozpadam, jak potłuczona szklanka. Niedługo nic ze mnie nie zostanie. I to nie dlatego, że nic nie jem. Staram się jeść, chociaż wcale nie mam ochoty. Coś we mnie mnie niszczy. Nie mów, że to przeze mnie. To nie moja wina, naprawdę. Nie chcę być taki, nie chcę.
Po policzkach Louisa spływają łzy, które szybko wycieram opuszkami palców.
Nienawidzę patrzeć na niego, kiedy płacze. Wygląda wtedy, jakby cierpiał, a ja nie mogę nic z tym zrobić.
- Cii, nie płacz – mówię cicho, biorąc jego kruche ciało w ramiona. – Jesteś piękny.
- Dlaczego to musi tak wyglądać? Nie mogę po prostu umrzeć teraz? W tej chwili? Mam dość myślenia o śmierci i o tym, kiedy to nadejdzie. Nie chcę tak żyć, Harry, tak bardzo nie chcę już żyć. Pomóż mi umrzeć, teraz.  
- Louis, co ty mówisz? – pytam, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę. Co on do cholery mówi?  
- Napraw mnie, lub pozwól mi odejść. Nie zniosę tego. Dlaczego nie mogę umrzeć teraz?! Mam tego wszystkiego dość! – krzyczy, wyrywając się z moich objęć. – Jesteś okropnie samolubny! Nie obchodzi cię to, że się męczę! Nie obchodzi cię to, że każdej nocy, kiedy śpisz, wymiotuję. Nie obchodzi cię to, że mam dość brania tych cholernych tabletek! Nie obchodzi cię to, że zasypiam czując się tak jak kiedyś, ale kiedy się budzę, znów jestem chory! Każdego ranka zastanawiam się, czy będę w stanie wstać z łóżka! Każdego wieczora zastanawiam się, czy się obudzę, czy nie zasnę na zawsze, zostawiając cię bez słowa! Gdybym był samotny, już dawno byłbym martwy. Jesteś jedynym powodem, dla którego jeszcze żyje. Jesteś jedynym powodem, dla którego wciąż z tym wszystkim walczę, znoszę to wszystko.
Nie wiem, co powiedzieć. Słowa Louisa uderzają we mnie z podwójną siłą, której nie jestem wstanie znieść. Łzy spływają po moich policzkach i nawet nie jestem w stanie ich opanować.
- Louis, proszę, przestań, nie mów tak, błagam.
- Ale to prawda! Wszystko co mówię to prawda, Harry. Wszystko. – Louis opiera się plecami o ścianę i zakrywa twarz rękoma. Podchodzę do niego i biorę go w ramiona. Płacze, oboje płaczemy.
- Nie chcę, żebyś cierpiał, przepraszam – mówię, całując czubek jego głowy.
 - Więc pozwól mi odejść.
Patrzę na Louisa, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko naprawdę się dzieje. Przecież on chciał walczyć, chciał ten pozostały czas wykorzystać jak najlepiej. Zrobił listę i jeszcze dosłownie chwile temu był taki szczęśliwy.
- Ale… je nie chcę cię tracić.
- I tak mnie stracisz! Zrozum to wreszcie! I tak odejdę! – krzyczy, wstając nagle. – Każdego ranka zastanawiam się, czy będę w stanie normalnie funkcjonować! Każdej nocy budzę się z bólem brzucha! Każdego wieczora myślę, ile czasu mi jeszcze pozostało i że jest on krótszy o jeden dzień i być może w mgnieniu oka już go nie będzie! Każdego dnia przyzwyczajam się do tego, że jesteś obok! Każdego dnia coraz bardziej cię kocham! Każdego dnia, kiedy myślę o tym, co będzie niedługo widzę coraz ciemniejsze obrazy! Coraz bardziej boję się śmierci! Dlaczego tego nie widzisz?!
Po chwili Louis idzie szybkim krokiem w stronę schodów, tym samym zostawiając mnie samego w przedpokoju, roztrzęsionego, płaczącego w dłonie.
Przecież obiecał mi, że będzie walczył. Dlaczego chce się poddać? Może doszedł do wniosku, że nie ma o co? Ale przecież jest o co. Walczymy o czas, o nasze ostatnie chwile, oboje. A może on ma racje? Może każda chwila to coraz większe przyzwyczajenie? Tak, on ma racje. Przez ten czas uczymy się żyć sobą, a przecież niedługo będziemy musieli się pożegnać. Z dnia na dzień coraz bardziej zakochuję się w Louisie, a to tylko wszystko utrudnia.
 Louis ma rację. Powinienem pozwolić mu odejść, teraz.

***

Kładę się obok płaczącego w poduszkę Louisa, a łzy nadal utrzymują się na moich policzkach. Wplątuję palce w jego włosy.
- Louis, spójrz na mnie – szepczę i po chwili widzę niebieskie tęczówki, które przepełnia ból. Muskam opuszkami palców jego policzek. – Kocham cię. Kocham cię najbardziej na całym świecie. Wiesz o tym, prawda?
Louis kiwa głową lekko.
- Myślałem nad tym, co mówiłeś. Jeśli naprawdę chcesz odejść to… pozwalam ci. Pozwalam ci odejść teraz. Jeśli naprawdę tego chcesz, to to zrób. Nawet nie wiesz, jak bardzo boli mnie to, co teraz mówię, ale jeśli tego chcesz, to pogodzę się z tym. Nie chcę, żebyś cierpiał.
Louis wzdycha cicho, układając głowę na mojej klatce piersiowej.
- Harry…
- Po prostu chcę, żebyś był szczęśliwy. – Składam pocałunek na ustach Louisa, a łzy skapują na prześcieradło. – Kocham cię.

Zasypiam, myśląc nad tym, czy obudzę się obok niego. Zastanawiam się, czy tej nocy odejdzie, zostawiając mnie zupełnie samego, z sercem rozbitym na miliony kawałków i z tęsknotą większą, niż kiedykolwiek.

___________________________________________________________________________________
Musiałam tak szybko skończyć ten rozdział i na takim momencie (wybaczcie :(), bo uwielbiam trzymać ludzi w niepewności  ( zła ja) haha. A tak na poważnie to nie mogłam i nie chciałem go inaczej kończyć. W sobotę dowiecie się, co zrobił (lub nie zrobił) Louis :)
Ściskam mocno i życzę udanej niedzieli :D xx 

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 8

Nie mogę uwierzyć w to, co widzę, w to, co się teraz dzieje. Stoję przed domem, moim domem, naszym domem, domem moim i Louisa. To wspaniałe, że wreszcie mamy swój mały, własny kącik. Mieszkanie w bloku nie jest złe, jednak własny dom to coś wspaniałego. To jak gniazdo, jak pierwszy stopień do założenia rodziny. Problem w tym, że ja nie założę rodziny, bo nie wyobrażam sobie posiadania dzieci z kimś innym niż z Louisem. Gdyby nie jego choroba pewnie adoptowalibyśmy dziecko, wzięli piękny ślub, zestarzeli się patrząc na nasze wnuki, bawiące się na placu zabaw lub grające w piłke na podwórku. Gdyby nie jego choroba moglibyśmy żyć najlepiej, jak się da. Jedyne, czego mi trzeba, to Louis. On jest jak powietrze, bez którego nie potrafię oddychać. Jak woda, bez której nie przeżyje tygodnia. 
Nie potrafię myśleć o tym co będzie, gdy mnie opuści. Nie potrafię wyobrazić sobie świata, na którym brakuje Louisa. Jednak zdaję sobie sprawę, że będę samotny, a samotność to druga najgorsza rzecz, zaraz po stracie osoby, którą kocha się całym sercem. 

Przekraczam próg domu, zaciskając powieki. Otwieram oczy, kiedy stoję w pustym salonie. Rozglądam się wokół i zatrzymuję wzrok na Louisie, który wygląda na pozytywnie zaskoczonego. Biorę jego dłoń w moje i delikatnie pocieram ją opuszkiem kciuka. Louis robi krok w tył i wtula się we mnie, a uśmiech nie znika z jego twarzy. 
Salon jest dość spory, połączony z kuchnią. W jego kącie znajdują się schody prowadzące na góre, gdzie po prawej stronie od nich mamy sypialnie, po lewej dodatkowy pokój, natomiast na przeciwko znajduje się łazienka. Dom sam w sobie nie jest duży, jednak zdecydowanie większy od naszego mieszkania, które mam nadzieję niedługo opóścimy i pozostanie jedynie wspomnieniem. 
- I jak? Podoba się? - pyta Ben, a ja przytakuję, uśmiechając się szczerze. 
- Jest piękny - mówi Louis, a jego mina jest wręcz bezcenna, jakby zdziwienie pomieszane z radością i odrobiną wariactwa. 
- To bardzo dobrze! Liczę na to, że jutro się przeprowadzicie! 
- A co z tamtym mieszkaniem? - pyta Lou, a ja spoglądam na mojego ojczyma. 
- Sprzedajcie je w cholere! - Louis śmieje się na słowa Bena, a ja przyciągam go do siebie, składając delikatny pocałunek na jego skroni. 
- Więc jutro z samego rana dzwonicie do mnie i ja przyjadę dużym samochodem i wpakujecie tam meble, zgoda? - pyta Ben, a Louis energicznie kiwa głową. 
- Zgoda!



***

 Otwieram drzwi naszego mieszkania i gestem ręki daje do zrozumienia Louisowi, żeby wszedł pierwszy. Brunet siada na małym krześle i zdejmuje buty, po czym podaje mi swoją kurtkę, którą wieszam na wieszaku. W jednej chwili przybiega do nas Łatek i wdrapuje się na kolana Louisa. 
- Hej, maluszku! - Louis bierze kotka w ramiona, po czym wstaje i idzie powoli w kierunku salonu. 
- Zjadł całą karmę - zauważam, wskazując na metalową miskę, znajdującą się obok stołu w kuchni. 
- Na pewno był głodny. - Louis wzrusza ramionami i siada na kanapie. Wzdycham cicho i po chwili siadam obok niego. Delikatnie zabieram Łatka z jego objęć i pomagam stanąć zwierzęciu na podłodze. Sierściuch patrzy na mnie chwilę po czym idzie w stronę stołu i wskakuje na jedno z kuchennych krzeseł. 
Biorę dłoń Louisa i powoli całuję jego knykcie. Brunet siada no moich kolanach, wplatając palce w moje włosy. Patrzy na mnie chwilę po czym napiera wargami na moje. Całuje mnie delikatnie, jakbym był zrobiony ze szkła, które można bez większego wysiłku stłuc. Odwzajemniam pocałunki, kładąc dłonie na biodrach Louisa. Czuje jego zimne dłonie na mojej szyi. Odsuwam go od siebie delikatnie i oplatam sobie jego nogi wokół mojej talii. Wstaję i nadal nie przerywając pocałunków, kieruję nas do sypialni. Kładę Louisa na łóżku i pozbawiam go koszulki, która po chwili ląduje na podłodzę. Mokre pocałunki przenoszę na jego tors, w tym samym czasie rozpinając guzik jego spodni. Zdejmuję je szybkim ruchem i za chwilę dołączają do leżącej na podłodze koszulki. Składam pocałunki na udach Louisa, przygryzając delikatnie jego skóre. Słyszę ciche westchniena chłopaka i uśmiecham się znów złączając nasze usta. Louis ściąga moją koszulkę po czym rozpina pasek od spodni. Po krótkiej chwili moje ciało okrywają jedynie bokserki. Leżę pomiędzy nogami Lou, z głową opartą o jego podbrzusze. Bawię się palcami u jego dłoni, wpatrując się w jego niebieskie tęczówki, które płoną czymś w rodzaju pożądania. Patrzy na mnie prosząco, ale ja jedynie kręce głową. 
- Harry, zróbmy to, proszę - mówi, gładząc opuszkiem palca mój policzek. 
- Nie, Lou. Nie możemy. - Louis już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale razygnuje, kiedy chcę kontynuować. - Nie przeżyłbyś tego. 
Spuszczam wzrok na jego klatkę piersiową. Louis łapie mój podbródek i zmusza mnie, bym na niego spojrzał. 
- Harry, co ty pieprzysz? - W tonie jego głosu i sposobie, w jakim wypowiada to zdanie nie ma złości ani rozczarowania. Jest jedynie zdziwienie i odrobina smutku. 
- Dopiero co wyszedłeś ze szpitala, straciłeś krew, byłeś nieprzytomny. Lekarz mówił, że wysiłek przez najbliższy tydzień jest windą do grobu - wyjaśniam.
Louis wywraca teatralnie oczami. - Obiecuję, że za tydzień, kiedy odzyskasz w pełni siły i wszystko będzie dobrze to...
- Nic nie będzie dobrze - przerywa mi, a jego wzrok wydaje się być utkwiony w suficie. - Mam raka, niedługo umrę. Nie będzie dobrze. Nic, do cholery, nie będzie dobrze. 
Przyciskam wargi do jego podbrzusza i głaszczę pocieszająco jego dłoń. 
- Kocham cię - szepczę cicho, ale tak, by Louis mógł to usłyszeć. - Kocham cię tak bardzo. Nie potrafię opisać tego słowami, ale cie kocham, cholernie mocno, najmocniej jak tylko się da. 
Louis przenosi swój wzrok na mnie i uśmiecha się delikatnie. 
- Ja ciebie też - mówi, wplatając palce w moje włosy. 
- Jesteś piękny, najpiękniejszy na całym świecie. - Składam delikatne pocałunki na jego brzuchu, klatce piersiowej, szyi, ustach. 
Louis uśmiecha się i przycięga mnie do siebie, biorąc moje ciało w ramiona. 
- Dobranoc, Harry - szepcze na moje ucho, a kąciki moich ust wędrują ku górze. 
- Dobranoc, Lou. 
Ułożyłem głowę na jego piersi i nie potrzebne było wiele czasu, bym odpłynął do krainy snu.


***

 Wstaję od stołu i odkładam talerz do zlewu. Louis w tym czasie sypie karme do miski Łatka. 
Za chwilę ma tutaj przyjechać Ben, który pomoże nam w przeprowadzce. 
Nadal nie mogę uwierzyć w to, że opuszczamy to mieszkanie. Było ono moim pierwszym poważnym prezentem dla Louisa i czuję do niego dziwny sentyment, jednak bardzo cieszę się z faktu, że mamy własny domek, taki, o którym zawsze marzyliśmy. 
Słyszę pukanie do drzwi i szybko podchodzę do nich, by otworzyć je, informując Bena, że wszystko gotowe i możemy zacząć przeprowadzke od przewiezenia mebli do naszego domu. 
- W takim razie musimy znieść to wszystko na dół - stwierdza Ben, a ja przytakuję. 
- Louis, nawet nie waż się czegokolwiek podnosić - mówię, a Louis kiwa głową. 

 Po niecałych trzydziestu minutach w dużym, ciężarowym samochodzie znalazły się kanapa, szafka, komoda, lampa, dywan i telewizor. Łącznie Ben musiał przyjechać pod blok około pięć razy, bo mamy zdecydowanie za dużo mebli i różnych wartościowych pierdół. 
 
 Stoję przy drzwiach, gotowy do wyjścia. Patrzę na Louisa, stojągeo na środku pustego już mieszkania. Spogląda na mnie smutno, trzymając w ramionach naszego małego kotka. 
- Co się dzieje, słoneczko? - pytam, wyciągając ręke w jego kierunku. 
- Nie wiem. Chyba to wszystko zbyt szybko się dzieje. - Louis podchodzi do mnie, a ja biorę go w ramiona. 
- Przyzwyczaisz się, zobaczysz.
- Nie o to chodzi. Po prostu czuję, że umieram i wszystko dzieje się tak szybko. Wszystko przyśpiesza; ty, ja, świat wokół nas. Pozostały mi niecałe trzy miesiące i...co jeśli to minie zbyt szybko? Każdy dzień jest jak sekunda do końca świata. Czuję jak wszystko wokół zaczyna się walić, wiesz? Jak wszystko powoli się kończy. Tak bardzo nie chcę umierać. Boję się, Harry. Tak bardzo się boję. - Łzy spływają po policzkach Louisa, a ja nawet nie umiem ich powstrzymać. Nawet nie potrafię powstrzymać tych, które zebrały się w moich oczach. Co teraz czuję? Ból, bezsilność, smutek. Moje nogi zaczynają drżeć, ale muszę być silny, dla Louisa. Ale co, jeśli nie potrafię? 
- Louis, nie płacz, proszę - uspokajam go, ale nie sądzę, by moje słowa pomogły. 
- M-możemy już iść? - pyta cicho. 
Przyciągam go do siebie i całuję delikatnie jego czoło. Po raz ostatni zamykam mieszkanie, nasz pierwszy dom, za którym być może kiedyś zatęsknie. 
Louis całuje główke śpiącego Łatka i patrzy na mnie smutno. Uśmiecham się do niego pocieszająco, ale on tego nie odwzajemnia. Wbija wzrok w ziemie i schodzi po schodach, nie żegnając się z miejscem, do którego prawdopodobnie nigdy więcej nie wróci. 


_____________________________________

Jestem na siebie zła bo ten rozdział jest zdecydowanie za krótki i nudny ugh i jeszcze wstawiam go o takiej godzinie :/ Mam zły tydzień. Nie wiem co się ze mną dzieje, zwłaszcza dzisiaj. Musicie mi to wybaczyć, przepraszam :( 

Następny tradycyjnie w sobotę x 



 

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 7

  Budzę się w szpitalnym holu, siedząc na jednym z drewnianych krzeseł. Musiałem zasnąć podczas czekania na jakąkolwiek informacje od lekarza na temat przeszczepu. 
W szpitalu jest ciemno, jedynie światło z jednej z sal oświetla niewielki kawałek holu. Przeciągam się, przecieram oczy i wyjmuję z przedniej kieszni spodni telefon w celu sprawdzenia godziny. Jest dokładnie trzecia w nocy. Nie mam pojęcia, co robić. Przez myśl przeszło mi pojechanie do domu, bo przecież na parkingu przed szpitalem stoi moje auto, ale nie zostawię Louisa samego, nie ma takiej opcji. Wstaję powoli po czym idę w stronę automatu i nalewam wody do jednego z plastikowych kubków. 
- Harry? - słyszę cichy głosik za mną, który wczoraj dane było mi poznać. Odwracam się i widzę stojącą za mną Katy. Dziewczynka wygląda na niewyspaną i nieco zagubioną. Chyba dopiero co wstała z łóżka, wyrwana ze snu. Poprawia swoje potargane włosy i z całych sił ściska w ramionach pluszowego misia. Uśmiecham się do niej i podaje jej kubeczek z wodą. 
- Masz, napij się. Na pewno jesteś spragniona - zgaduję. Dziewczynka kiwa głową i po chwili robi dosłownie trzy łyki napoju po czym oddaje mi kubek. 
- Dziękuję - mówi i posyła mi promienisty uśmiech. 
- Dlaczego nie śpisz? - pytam. - Jest trzecia w nocy.
- A dlaczego miałabym? Noce nie są od spania - stwierdza, siadając na jednym z krzeseł. Po chwili decyduję się usiąść obok niej. 
- Jak to nie? Dni nie są od spania, noce już tak. 
- Nie - mówi i jestem przekonany, że jest pewna swoich słów bardziej, niż ja moich. - Mój tatuś mówi, że dni są od spania, a noce od kochania. 
- A ma on może wyjaśnienie na te słowa? - pytam. Katy kiwa głową twierdząco. 
- Bo w nocy widać gwiazdy na niebie. Bo w nocy ludzie są najszczersi. Bo w nocy nie myślimy o problemach, tak jak za dnia. Zwykle wtedy myślimy o ludziach, których kochamy. Tatuś kochał przytulać mamusie w nocy, a ona czuła się przy nim bezpiecznie. Dzień to zazwyczaj rozłąka i kłótnie. W dzień ludzie się kłócą i zaczynają nienawidzić, a w nocy wybaczają sobie. Raz mama i tata się pokłócili w dzień, a wieczorem sobie wybaczyli i znów było wszystko dobrze. Poza tym w nocy możemy przypomnieć sobie o tych, którzy są u aniołków i porozmawiać z nimi. Zawsze rozmawiam z mamusią w nocy, bo tylko wtedy mogę ją zobaczyć. Chcesz ją zobaczyć? Jest piękna. 
Chwilę zastanawiam się nad słowami Katy. Jest naprawdę mądrym dzieckiem i nie zasługuje na bycie tutaj a tym bardziej na brak ukochanej mamy obok. Podziwiam ją za to, że wierzy, że jej mama jest gdzieś tutaj, prawdziwie. I że jest przekonana, że zaraz ja również ją zobaczę, ale...jak? 
- Oczywiście - mówię po chwili. Dziewczynka wstaje i łapie mnie za ręke po czym prowadzi do swojego szpitalnego pokoju. Gasi światło i otwiera okno. Po chwili wspina się na parapet i siada na nim, wystawiając nogi na zewnątrz. Poklepuje miejsce przy sobie dając mi tym znak, bym do niej dołączył. Robię to samo co Katy. Po chwili dziewczynka wskazuje palcem na gwiaździste niebo. Jest naprawdę piękne. Gwiazdy czarują swoim blaskiem a światło księżyca w pełni pada prosto na nas, oświetlając nasze ciała. 
- Widzisz tą gwiazdę obok tych dwóch obok księżyca? - pyta, a ja kiwam głową twierdząco. - To ona, moja mama. Jest piękna, prawda? 
- Tak, jest piękna - przytakuję. To wspaniałe, że Katy znalazła swoją mamę spośród tylu gwiazd. 
- Cześć mamusiu - mówi cichutko, po czym wskazazuje na mnie. - To jest Harry. Poznałam go wczoraj i jest naprawdę fajny. Lubię go. W tym szpitalu jest też Louis. Jeszcze go nie poznałam, ale Harry go opisał i chyba jest tak samo fajny jak on. Harry też powiedział, że Louis jest chory i niedługo odejdzie do aniołków, będzie tam gdzie ty. Mogłabyś się nim zaopiekować? Na pewno będzie mu tam smutno bez Harry'ego i będzie za nim tęsknił. Zaopiekuj się nim, prosimy. 
W moich oczach zebrały się łzy. Katy ma rację. Przez to wszystko nawet nie pomyślałem o tym, jak bardzo będzie cierpiał Louis. Nie pomyślałem o tym, że za kilka miesięcy już nigdy więcej nie usłyszę jego głosu, nie zobaczę tych pięknych, niebieskich tęczówek i nie pocałuję malinowych ust. Myślę, że to nadal nie może do mnie dotrzec. Nie wyobrażam sobie życia bez Louisa, dlatego tak trudno mi o nim myśleć. Za kilka miesięcy zostanie jedynie cholerna tęsknota, która prędzej czy później zabije również mnie. Nie przeżyję bez niego, nie dam rady. To niesprawiedliwe. Czy kochający się ludzie nie mogą umierać razem? Dlaczego muszą być rozłączeni? 
- Harry, nie płacz. - Słyszę cichy szept Katy i wycieram łzy rękawem bluzy. - Ja też nie chciałam, żeby mama odchodziła. Ale zobacz, jest tutaj! Powiedziała, że zaopiekuje się Louisem. Nie płacz. Będzie dobrze. 
- Mogę z nią porozmawiać? - pytam. Katy uśmiecha się i kiwa głową krótko. Biorę głęboki oddech i wbijam wzrok w gwiazdę. - Dziękuję, że zaopiekuje się pani Louisem. On jest dla mnie naprawdę ważny, najważniejszy i...nie wiem, czy będę w stanie żyć bez niego. Chciałbym, żeby było mu tam dobrze. Żeby nie czuł się samotny. Chciałbym też z nim czasem porozmawiać, tak jak Katy z panią. Ale nie wiem, czy znajdę dla niego odpowiednią gwiazde, bo żadna nie jest na tyle piękna, żadna nie świeci tak jasno i żadna nie jest blisko, wszystkie są tak bardzo daleko. 
Wzdycham, spuszczając wzrok. 
- Harry, to nie tak. Znajdziesz go, kiedy odejdzie. Na razie jego blask jest tutaj, na ziemi, nie na niebie. Znajdziesz go, ale nie teraz - wyjaśnia dziewczynka. - Mama mówi, że Louis jest szczęściarzem, że ma taką osobe, jak ty i że zaopiekuje się nim najlepiej jak potrafi. 
- Dziękuję, naprawdę - szepczę, patrząc znów na jasną gwiazdę. 
- Pójdziemy do Louisa? - pyta Katy. 
- Teraz? 
- Mhm. 
- No dobrze, chodź. 
- Pa, mamusiu - mówi, po czym odwraca się w stronę pokoju i zeskakuje z parapetu. Ja po chwili robię to samo.- Do jutra. 

***

 Zapalam lampkę stojącą na małym stoliku przy łóżku Louisa. Brunet śpi. Tym razem bez dziwnej maski na buzi, jedynie z innymi dziwnymi przewodzikami utkwionymi w jego nosie. Tak, zdecydowanie nie mógłbym być lekarzem. Jest blady i podpięty do masy kabelków. Obok niego wisi woreczek do połowy wypełniony krwią, cieczą, która ratuje mu życie. 
Katy siada na krześle tuż obok mnie obserwując Louisa i po chwili mówi cicho: 
- Jest piękny. 
Patrzę na nią i uśmiecham się lekko. Ma rację, w stu procentach. 
- Powtarzam mu to cały czas, ale w to nie wierzy - mówię, wzruszając ramionami. 
- Kiedy się obudzi? - pyta Katy, a ja nie mam pojęcia co jej odpowiedzieć, więc w ostateczności decyduję się powiedzieć prawdę. 
- Nie mam pojęcia. 
- Hej, Louis. - Dziewczynka bierze dłoń Louisa w swoje i po chwili delikatnie odgarnia włosy z jego czoła. - Obudź się. Nie śpij, szkoda nocy. Patrz, kto tu jest. Harry bardzo cie kocha, ale ty to pewnie wiesz. Chce też, żebyś się obudził, ja też, bo chcę cie poznać. 
Cisza. Louis oddycha powoli, a jego powieki nadal są zatrzaśnięte. 
- Louis ma bardzo twarde sny - wyjaśniam. 
- Mów do niego. On musi cie słyszeć. Jeśli usłyszy twój głos to się obudzi. 
- Hej, Lou - mówię cicho, wstając z krzesła i idę na około łóżka, by usiąść na innym krześle z jego drugiej strony. - Tęsknie za tobą, wiesz? Mam ci tyle do powiedzenia. Proszę, obudź się, błagam Lou, dasz radę. 
Biorę dłoń Louisa w swoje i delikatnie całuję jego knykcie. 
- Louis, obudź się, prosimy. - Katy podchodzi do mnie i po chwili siada mi na kolanach. - Mogę tak siedzieć? Tam jest niewygodnie. 
- Jasne. - Kiwam głową uśmiechając się lekko. 
- Wasze dłonie tak idealnie do siebie pasują - stwierdza po chwili. - To piękne. 
- Masz rację - zauważam, a Katy obdarowuje mnie promiennym uśmiechem. 
- Chciałabym zobaczyć jego oczy. Mówiłeś, że są niebieskie, jak ocean. Twoje są zielone. Niebieski pasuje do zielonego. Razem tworzą nature, jak woda i ląd. 
- Nigdy tak o tym nie myślałem - przyznaję. 
- jak bardzo go kochasz? - pyta dziewczynka, a ja wzruszam ramionami. 
- Nie jestem pewien, czy mogę wyrazić to słowami. 
- Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno? Czy jeszcze mocniej? 
- O wiele mocniej. 
Czuję jak jeden z palcy Louisa unosi się i spowrotem upada na moją dłoń. Katy widząc to, zeskakuje z moich kolan i staje obok mnie. Ściskam mocno dłoń bruneta. 
- Chyba się obudził - zauważa dziewczynka, kładąc dłoń na ramieniu Louisa. 
- Chyba tak. 
Louis lekko ściska moją dłoń, jakby ostatnimi siłami. 
- On na prawdę się obudził! 
- Na to wygląda - mówię spokojnie, ale w środku czuję niewyobrażalną radość. Mam ochotę skakać, tańczyć i śpiewać z radości. Mój Louis się budzi. 
Nie odrywam wzroku od jego zamkniętych powiek, które po chwili zaczynają delikatnie drgać, aż wreszcie widzę jego piękne, niebieskie jak ocean tęczówki, za którymi już potrafiłem się stęsknić. 
- Cześć, słoneczko - mówię cicho, uśmiechając się szczerze.
- Hej, Louis - szepcze uśmiechnięta Katy.  
Louis mruga kilkakrotnie po czym patrzy na mnie, a kąciki jego ust wedrują ku górze. 
- Pierwszy raz ktoś wlewa wino do moich żył - mówi, patrząc na woreczek z krwią, a ja kręce głową, śmiejąc się cicho. Nawet w takiej sytuacji nie opuszcza go chęć do żartów. 
- Jak się czujesz? - pytam. 
- Dziwnie - odpowiada i przenosi wzrok na Katy. Jego głos jest taki słaby. 
- Hej, Louis - wita się dziewczynka. - Jestem Katy. 
- Cześć, Katy. - Louis posyła dziewczynce promienny uśmiech i po chwili patrzy na mnie pytająco. 
- Katy to kuzynka chłopaka, który oddał ci krew - wyjaśniam, a Katy kiwa głową na potwierdzenie moich słów. - Poznaliśmy się wczoraj i bardzo chciała cię zobaczyć. 
- Rozumiem. Miło cie poznać, Katy. 
- Mi ciebie też miło poznać, Louis. Harry miał racje, jesteś piękny i masz piękne oczy i delikatne usta i... - mówi dziewczynka, a ja zasłaniam jej buzie. 
- Katy, wystarczy. - Szatynka odpycha moją dłoń, śmiejąc się. 
- Oj, Harry - Louis kręci głową z uśmiechem. - To, co mówi Katy jest urocze. Poza tym, dlaczego nie chcesz, żebym to usłyszał?
- Bo wolę powiedzieć ci to sam, Lou. 
- Och, w takim razie przepraszam, Harry, już nic więcej nie powiem - zapewnia mnie Katy. 
- Nie przepraszaj, nie mam ci tego za złe. 
- Louis, mam do ciebie pytanie. - Katy siada na łóżku tuż przy kolanach Louisa. 
- Więc pytaj. 
- Jak bardzo kochasz Harry'ego? Bo Harry kocha cie o wiele bardziej niż pięć razy bardzo. 
- Jak bardzo kocham Harry'ego? - Powtarza pytanie, wpatrując się we mnie z uśmiechem. - Bardziej niż milion razy bardzo. 
- Nie możecie po prostu powiedzieć, że kochacie się najbardziej na świecie? Jak z dziećmi. - Katy uderza się z otwartej dłoni w czoło. - Muszę iść, jestem śpiąca. 
- Ale przecież noc nie jest od spania - zauważam. 
- To prawda, ale jestem śpiąca i idę spać. W dzień czasem nie śpię, więc mogę spać w nocy. - Wzrusza ramionami, po czym zeskakuje z łóżka i powoli idzie w kierunku drzwi. - Dobranoc Harry. Dobranoc Louis. 
- Śpij dobrze - mówi Louis, a ja po chwili dodaję krótkie ''dobranoc''. Kiedy Katy wychodzi, pochylam się nad Louisem i składam delikatny pocałunek na jego suchych ustach. 
- Chcesz coś do picia? - pytam, a Louis kręci głową. 
- Jedyne, czego chcę, to żebyś położył się obok i był tu całą noc. - Uśmiecham się i po kolei całuję jego czoło, policzki i czubek nosa. - Czyli się zgadzasz? 
- A zmieścimy się na jednym łóżku? 
- Chyba tak. - Louis robi miejsce obok siebie. Jest ono dość spore i wygląda na to, że jednak będę mogł trzymać go w ramionach tej nocy. Po chwili leżę obok bruneta. Splatam nasze palce i przyciskam usta do dłoni Louisa. 
- Dobranoc - szepczę i delikatnie biorę go w ramiona, tak, by przypadkiem czegoś nie uszkodzić. 
- Dobranoc - odpowiada cicho. 


***

 Stoję przy wyjściu ze szpitala czekając na Louisa, który właśnie podpisuje jakieś dokumenty. Przeszczep został zakończony i mogę zabrać go do domu. Jestem niesamowicie wdzięczny Niallowi i nie wiem, czy kiedylkowiek uda mi się mu odwdzięczyć. Blondyn jest teraz u Katy. Wymieniliśmy się numerami telefonów i adresami zamieszkania. Nasza znajomość na pewno nie stanie w miejsu. Myślę, że możemy być naprawdę dobrymi przyjaciółmi, ale do tego potrzeba czasu. Obiecałem też Katy, że za kilka dni odwiedzę ją w szpitalu. Niall wyjaśnił, że dziewczynka ma jakąś chorobe skóry (której nazwy nie pamiętam) i nie zagraża jej zdrowiu, na szczęście.
Louis podchodzi do mnie i splata nasze palce.
- Idziemy? - pyta, a ja kiwam głową. Po chwili siedzimy w aucie, szczęśliwi, że możemy wracać do domu. Gdy chcę wreszcie odpalić silnik, słyszę melodie oznajmującą, że ktoś próbuje się ze mną polączyć. 
- Halo? - mówię do telefonu. 
- Cześć, Harry! - słyszę głos mojego ojczyma. - Mam dobrą wiadomość! 
- Więc słucham. 
- Znalazłem naprawdę śliczny domek na sprzedasz i tak się składa, że już jest wasz.- Nie mogę uwierzyć w słowa Bena. Czy to możliwe, że...mamy z Louisem nasz mały, własny domek? - Znajduje sie niedaleko nas. Przyjedzcie dzisiaj wieczorem do nas to was tam zawiozę i przekonacie się, że jest piękny, zgoda? 
- Mówisz poważnie? Boże, ty chyba na prawdę mówisz serio! 
- Tak, mówię serio. Harry, muszę kończyć. Przyjedzcie wieczorem. 
Louis patrzy na mnie pytająco, kiedy odkładam telefon do schowka, szczerząc się jak głupek. 
- O co chodzi? Kto dzwonił? - pyta, a ja biorę go w ramiona. Mam ochotę płakać ze szczęścia, skakać i krzyczeć. To naprawdę się dzieje. 
- Właśnie dowiedziałem się, że mamy nowy dom. 


______________________________________

Następny rozdział w sobotę xx 


niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział 6

 Blada cera, sine policzki, spierzchnięte usta, zatrzaśnięte powieki. Wydawać by się mogło, że opisuję osobę pozbawioną życia. Louis wygląda, jakby całe szczęście postanowiło od niego uciec, od tak zniknąć. Chciałbym umieć go obudzić, sprawić, by jego policzki nabrały rumieńców, powieki odsłoniły niebieskie tęczówki, a na twarzy pojawił się piękny uśmiech, który tak bardzo kocham, ale to tylko marzenia. W rzeczywistości nie mogę nawet oddać mu krwi, bo badania wykazały, że mam inną grupę. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, co mogę zrobić. Znów wraca świadomość o bezsilności, której tak bardzo nienawidzę.
 Biorę drobną dłoń Louisa w swoje i delikatnie przyciskam do niej moje wargi. Jest zimna, wręcz lodowata, jakby pozbawiona życia.
- Dlaczego to się dzieję? - pytam samego siebie. Czuję, jak łzy próbują wydostać się spod moich zaciśniętych powiek. Podnoszę wzrok na śpiącego Louisa. - W sytuacji jak ta powinienem kazać ci przestać walczyć, po prostu dać ci odejść. Powiedzieć ''Nie masz już siły, przestań walczyć, możesz odejść'' tak jak ci wszyscy aktorzy w tych durnych filmach, które oglądaliśmy siedząc wtuleni w siebie na kanapie, pod kocem w renifery, z kubkami gorącej czekolady.
Na te wspomnienia uśmiecham się delikatnie.
- Ale nie jestem aktorem, a to nie jest film i nie pozwolę ci się poddać. Zrobię wszystko byś z tego wyszedł, żebyśmy jak najszybciej wrócili do domu, obiecuję.
Ściskam dłoń bruneta, po czym kładę ją z powrotem na łóżku. Słyszę ciche pukanie i po chwili widzę szczupłą kobietę o długich, ciemnych włosach upiętych w kitkę.
- Mogę wejść? - pyta, a ja kiwam głową. Brunetka podchodzi do łóżka Louisa i sprawdza coś przy tych wszystkich przewodach i maszynach, do których jest podpięty. - Jestem Amy, to ja do ciebie dzwoniłam.
- Miło poznać - mówię słabo. Kobieta uśmiecha się miło i podchodzi do mnie, po czym kładzie dłoń na moich plecach.
- Hej, Harry, nie smuć się - radzi, ale ja jedynie obdarowuję ją pytającym spojrzeniem. - Na pewno znajdziemy kogoś, kto ma tę samą grupę krwi, co Louis. Wszystko będzie dobrze.
- Nie będzie. Dzwoniłem do wszystkich osób, jakie znam i albo ktoś nie odbierał, albo nie ma grupy A.
- To niemożliwe. Przecież jego matka lub ojciec muszą mieć tę samą grupę.
- Jestem idiotą - mówię, uderzając się otwartą dłonią w czoło. - Nie dzwoniłem jeszcze do jego matki.
- To na co czekasz?
 Szybko wychodzę z sali, wyciągając z kieszeni spodni telefon. Wykręcam numer, opierając się plecami o ścianę.
- Halo? - słyszę po trzech sygnałach. 
- Z tej strony Harry. Mam do pani wielką prośbę, chodzi o...
- Nie pomyliło ci się coś przypadkiem? - przerywa mi zachrypniętym głosem. Ta kobieta ma w sobie coś odpychającego. - Mnie prosisz o pomoc?
 - Chodzi o Louisa - wyjaśniam. - Potrzebuje przeszczepu krwi. Z tego, co wiem ma pani tę samą grupę, co on.
Odpowiada mi jedynie cisza, którą kobieta po chwili postanawia przerwać.
- Przykro mi, nie mogę pomóc, nie mamy tej samej grupy. - Jej słowa są jak nóż, a ona wbija go głęboko, w sam środek mojego serca. Ostatnia nadzieja prysła.
- C-co? Ale jak to? - pytam. Nic już nie rozumiem. Jak nie ona, to kto?
- Ojciec Louisa ma grupę A, czyli tę samą co on, nie ja.
- Więc gdzie mogę go znaleźć?
- Nigdzie. Nawet ja nie mam pojęcia, gdzie on aktualnie przebywa. Zostawił nas, gdy Louis miał kilka miesięcy - tłumaczyła, a ja czułem, jak wszystko wokół mnie zaczyna się walić, burzyć, doszczętnie.
- A pani znajomi? Rodzina? Ktokolwiek?
- Przykro mi, Harry. W tej sytuacji nie można nic zrobić - mówi, a ja czuję słone krople spływające po moich policzkach.
- Mimo wszystko Louis to nadal pani syn! Czemu traktuję pani moją prośbę jak coś mało istotnego?! Chodzi o jego życie do cholery! - krzyczę. Mój głos staje się coraz bardziej załamany.
- Harry, naprawdę mi przykro, ale jestem w tej sytuacji bezsilna, przepraszam.
Rozłączyła się, po prostu się rozłączyła. Nie potrafię jej zrozumieć. Jak może tak traktować swojego syna? To wszystko jest tak cholernie popieprzone.
Chowam twarz w dłoniach i już nawet nie próbuję powstrzymać się od płaczu.
- Co się stało? - słyszę i podnoszę wzrok, napotykając niebieskie tęczówki. Obok mnie siedzi niewysoki blondyn, mający może z dwadzieścia lat.
- Nie ważne - rzucam, wyjmując z kieszeni chusteczkę i wycieram nią mokre od łez policzki.
- Ważne - mówi chłopak, szturchając mnie delikatnie ramieniem. - Kiedy coś cię trapi najlepiej jest się komuś wygadać.
- Nie znamy się - zauważam, a chłopak po chwili podaje mi rękę.
- Niall. - Chcąc nie chcąc ściskam jego dłoń.
- Harry - przedstawiam się, a niebieskooki obdarowuje mnie pocieszającym uśmiechem.
- Widzisz? Już nie jesteśmy sobie zupełnie obcy. Powiesz mi teraz, co się stało?
- Ktoś ogromnie dla mnie ważny potrzebuje natychmiastowego przeszczepu krwi - tłumaczę. - A ja nie znam nikogo, kto ma tę samą grupę.
- O jakiej grupie mowa? - pyta.
- A.
- Mówisz poważnie? - Kiwam głową. - Wygląda na to, że właśnie poznałeś.
- Możesz jaśniej?
- Niedawno robiłem badania krwi i z tego, co pamiętam jestem posiadaczem właśnie takiej grupy.  
 Słowa Nialla były jak światło w ciemnym tunelu. Ten chłopak spadł mi z nieba. 
- Naprawdę? Niall, jesteś pewny?
- Tak mi się wydaję. To co? Kiedy mogę oddać krew? 
- Jak najszybciej. - Wstaję, ciągnąc chłopaka za sobą. 
- Hej, Harry, spokojnie! - mówi odtrącając delikatnie moją dłoń. - Sala do pobierania krwi jest w tamtą stronę. 
- Och, no tak, wybacz. Po prostu ogromnie się cieszę, że ktoś może i chce pomóc Louisowi. 
- Louis? Ładne imię, takie francuskie - zauważa. - Lubię Francje. Byłeś tam kiedyś? 
- Nie, ale mam zamiar pojechać już niedługo, o ile Louis wyjdzie ze szpitala. - Wzdycham cicho. 
- Louis to twój brat, przyjaciel, czy chłopak? 
- Zgaduj. 
- Stawiam na chłopaka, ewentualnie męża. - Wzrusza ramionami. 
- Dlaczego? - pytam, uśmiechając się lekko. 
- Bo kiedy o nim mówisz w twoim oku pojawia się taka mała iskierka. Znam wiele zakochanych ludzi i kiedy mówią o swoich drugich połówkach w ich oczach widać właśnie taką iskre. 
- Masz rację - mówię, a blondyn kiwa głową. 
- Zawsze mam rację - zauważa. - Więc w którą stronę do pobrania krwi?
Uśmiecham się i wskazuję mu drogę.
- Nawet nie wiem, jak ci dziękować, jak się odwdzięczyć. 
- Właściwie to mógłbyś coś dla mnie zrobić - mówi wskazując palcem na sale znajdującą się na końcu korytarza. - Tam jest moja kuzynka. Poszedłem po picie dla niej, ale zatrzymałem się przy tobie i resztę historii znasz. Mógłbyś przynieść jej wodę z automatu? 
- Jasne - odpowiadam. Niall uśmiecha się szeroko, po czym znika za drzwiami pokoju, w którym odbywają się badania krwi. 
Podchodzę do automatu z wodą i do jednego z kubeczków nalewam mieszankę zimnej i ciepłej cieczy. Idę w stronę pokoju 24, czyli tego, w którym znajduje się kuzynka Nialla. Łapię za klamkę i powoli otwieram drzwi. Na łóżku siedzi dziewczynka, na oko dziesięciolatka, o brązowych, spiętych w warkocz włosach, które ozdabia czarna, niewielka kokardka. W rękach trzyma jakąś książkę, ale gdy słyszy moje kroki spogląda na mnie pytająco. 
- Cześć, jestem Harry - mówię, uśmiechając się przyjaźnie. 
- Katy. - Przedstawia się i również obdarowuje mnie promienistym uśmiechem. 
- Przyniosłem ci wodę. - Stawiam kubek na stoliku obok łóżka. 
- Poprosiłam Nialla, żeby przyniósł mi coś do picia, a zamiast niego przyszedłeś ty. To zabawne - mówi i brzmi na zupełnie poważną. - Kim jesteś? 
- Co masz na myśli? - pytam.
- Pytam, kim jesteś - powtarza, wzruszając ramionami. 
- Człowiekiem, takim jak ty. 
- Na pewno nie jesteś taki, jak ja. Jesteś chłopakiem, a ja dziewczyną. 
- Słuszna uwaga - zauważam, a jeden z kącików moich ust podąża ku górze. 
- Jesteś tutaj dla kogoś? Bo nie wyglądasz na chorego. 
- Tak, ktoś bardzo ważny jest tutaj - wyjaśniam. 
- Jak ma na imię?
- Louis. 
- Opiszesz go? 
- Ma niebieskie oczy, ładne rzęsy, delikatne dłonie, jest średniego wzrostu, co sprawia, że jest naprawdę uroczy. -Katy odkłada książkę, patrząc na mnie, jakbym opowiadał jakąś bardzo ciekawą historię.
- Kochasz go - mówi, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. 
- Dlaczego tak myślisz? 
- Bo jak o nim mówisz to się uśmiechasz, tak jak mój tata, kiedy mówi o mamie - wyjaśnia. - Mylę się? 
- Nie, nie mylisz się - uśmiecham się lekko. 
- Co mu jest? - pyta. 
- Jest bardzo chory - mówię, siadając na krześle stojącym przy łóżku. 
- Jak bardzo? 
- Ma raka, to bardzo poważna choroba, tym bardziej, kiedy jest zbyt późno wykryta. Nie ma na niej lekarstwa. Lekarze powiedzieli, że zostały mu ostatnie trzy miesiące życia - tłumaczę, a moje oczy zachodzą łzami. Katy wstaje z łóżka i podchodzi do mnie, po czym delikatnie przytula. Odwzajemniam gest, biorąc dziewczynkę w ramiona. 
- Przykro mi, Harry - mówi cicho. - Ale nie martw się, on będzie przy tobie na zawsze. Tata mi powiedział , że kiedy się kogoś kocha ta osoba zawsze jest obecna. Tutaj. 
Katy kładzie swoją drobną dłoń w miejscu mojego serca, uśmiechając się lekko. 
- I nie martw się o niego. Powiem mamie, żeby się nim zaopiekowała. 
- Jak to? Czy twoja mama...
- Jest u aniołków- mówi dziewczynka, siadając z powrotem na łóżku. - Odeszła dwa lata temu. Tęsknie za nią, ale nie aż tak bardzo, bo wiem, że nadal tutaj jest. Zawsze mi pomaga. Poproszę ją, żeby zaopiekowała się Louisem, kiedy odejdzie do aniołków. 
Uśmiecham się przez łzy. Czuję, jak jedna z nich spływa po moim policzku. To, co mówi Katy jest piękne, ale jednocześnie tak bardzo boli. 
- Musisz ją bardzo kochać - mówię, a dziewczynka kiwa głową. 
- Tata też ją kocha, tak mocno jak ty Louisa. Każdej nocy rozmawia z nią patrząc w gwiazdy. On bardzo za nią tęskni. - Katy po chwili łapie moją dłoń. - Nie płacz, Harry i idź do niego. On na pewno cię teraz potrzebuję. 
- Chyba masz rację. - Wstaję powoli i idę w kierunku drzwi. 
- Harry? - Zatrzymuje mnie cichy głosik. 
- Tak? 
- Dziękuję za wodę. - Przytakuję, a dziewczynka posyła mi nieśmiały uśmiech. - Przyjdziesz tutaj jeszcze kiedyś? 
- Przyjdę, obiecuję. 
- Ale tym razem przyjdź z Louisem. Chciałabym go poznać. 
- Dobrze. Przyjdę jutro, w porządku? 
- W porządku. 
Obdarowuję Katy ostatnim uśmiechem, po czym wychodzę z sali. Powoli idę w kierunku pokoju, w którym pobierają Niallowi krew. Pukam kilka razy i po chwili drzwi otwiera mi jedna z pielęgniarek. 
- Chciałem tylko spytać, czy wszystko dobrze - mówię, patrząc na uśmiechającego się do mnie Nialla, siedzącego na jakimś fotelu. 
- Wszystko w porządku. Grupa krwi się zgadza, właśnie kończymy pobieranie i za chwilę podamy ją pacjentowi. Proszę się nie martwić. 
Oddycham z ulgą. Niall uratował Louisowi życie, nawet jeśli są nim jedynie trzy miesiące. 
 

___________________________________

Jeszcze raz przepraszam, że dodaję rozdział dopiero dzisiaj. Następny w sobotę i mam nadzieję, że nię będę musiała go przekładać (błagam, żeby nic mi nie przeszkodziło w dodaniu na czas). Chyba mogę powiedzieć, że rozdział 7 będzie jednym z tych słodko-smutnych i wreszcie wracamy do listy, z której trzeba jeszcze skreślić 10 punktów :)